Emigracja. Inspiracja. Motywacja.

Polska

Kupalnocka – gawęda na Noc Kupały

Jak Malinka z Jagódką obchodziły Kupalnockę

Była raz sobie pewna rezolutna dziewczynka o imieniu Malwinka. Miała trzynaście lat. Właśnie skończyła szóstą klasę i jak co roku spędzała wakacje u cioci. Malwinka była bladą, piegowatą dziewczynką o wielkich zielonych oczach, słomianych włosach i malinowych usteczkach. Pewnie dlatego wszyscy w rodzinie zgodnie nazywali ją Malinką. Była do tego niesamowicie zdolna. Nauka przychodziła jej bez trudu i wszystko chwytała w lot. Ponieważ jednak była taka blada i do tego niemiłosiernie chuda – miała rączki i nóżki długie i chude jak patyczki i cała wyglądała jak patyczak – rodzice co roku wysyłali ją na całe wakacje do cioci Augustyny. Miała tam zażyć zdrowego wiejskiego powietrza oraz nabrać ciała i rumieńców po całym roku szkolnym, jaki Malinka spędzała z nosem utkwionym w książkach i oczami wlepionymi w ekran komputera.

Ciocia Augustyna mieszkała w leśnej głuszy w małym domku zwanym gajówką pośród Puszczy Augustowskiej, gdzie sprawowała niepodzielne rządy niczym cesarz August. Ciocia Augustyna miała męża – wuja Bogumiła, który odznaczał się wielką pogodą ducha, ogromnym poczuciem humoru i umiejętnością schodzenia z drogi energicznej i stanowczej cioci. Zresztą wuj Bogumił rzadko wchodził w paradę cioci Augustynie, a to dlatego że nie przebywał w domu zbyt często. Większość czasu spędzał bowiem na obserwacji dzikich ptaków i zwierząt i fotografowaniu ich ze swoich tajemnych kryjówek. A gdy już bywał w domu, zaszywał się w swojej pracowni i malował. Był to człowiek obdarzony ogromnym talentem, spokojem i anielską cierpliwością. Kochał wszystkie stworzenia małe i duże i wszystkie stworzenia kochały jego.

W Augustowskiej gajówce czas płynął inaczej niż w mieście. Nie tylko wolniej, ale zupełnie inaczej. Czas wyznaczały pory dnia i roku, rytm przyrody i prawa natury. Zapominało się co to pośpiech. Nikt nie gonił za postępem. Telefon lądował na dnie szuflady. Malince wydawało się, że czas od stuleci stoi w miejscu w tym zaczarowanym świecie, zamieszkanym dawniej przez plemiona Bałtów czczących księżyc i gwiazdy, gromy i błyskawice, wodę i ogień, w świecie gdzie tyle się działo. Każdego dnia czekały Malinkę nowe przygody. Nieodłączną towarzyszką tych przygód była Jagódka – kuzynka Malinki i córka cioci Augusi i wujcia Bogusia. Dziewczynki bardzo się zżyły. Były jak papużki nierozłączki. Zawsze i wszędzie razem. Tam gdzie była Jagódka, była i Malinka. Tam gdzie Malinka, wiadomo było, że jest i Jagódka. Gdy ciocia wołała dziewczynki zamiast: Malinka! Jagódka! wołała: MaJa! Tak było krócej i łatwiej dla energicznej i praktycznej cioci.

Dziewczynki były rówieśniczkami. W przeciwieństwie do starszej o pół roku Malinki, Jagódka przez cały rok wyglądała zdrowo. Była zwinna jak sarna, szybka jak ryś i wiecznie rozczochrana jak strach na wróble. Ciemne niesforne pukle wiązała w kucyk, chcąc je nieco poskromić, lecz już po chwili nieujarzmione kosmyki zaczynały żyć swoim życiem. Kolana i łokcie miała całe w siniakach, a z jej spalonej słońcem i ogorzałej od wiatru buzi nie schodził szelmowski uśmiech, Ta łobuzerska mina zdradzała, że w jej pełnej fantazji główce nieustanne rodzą się szalone pomysły.
Jak przystało na mieszkankę lasu dobrze znała jego tajemnice. Wiedziała gdzie rosną jagody, jeżyny i grzyby i zioła. Umiała nazwać wszystkie rośliny, ptaki i zwierzęta. Wiedziała gdzie kryją się poszczególni mieszkańcy lasu i potrafiła rozpoznać ich obecność po odgłosach i śladach, jakie za sobą zostawiali. Wiedziała to wszystko i o wiele więcej. Dla Malinki była prawdziwą Wiedźmą. Może dlatego właśnie czasem nazywała Jagódkę Jagą. Jagódka nic sobie z tego nie robiła. Kto by zaprzątał sobie głowę takimi głupstwami, kiedy wokół tyle ciekawych rzeczy. Sama nazywała Malinkę Inką. Jaga i Inka były bardzo ze sobą związane i gotowe wskoczyć w ogień jedna za drugą.

Właśnie nadchodziła najkrótsza noc w roku – noc Kupały. Wprost nie mogły sie jej doczekać. Od świtu zbierały zioła do wianków: bylicę, szałwię, rutę, dziewannę, rosiczkę, rumianek, dziurawiec, łopian i dziki bez. Wszystkie miały działanie oczyszczające i ochronne. Odpędzały złe moce i wzmacniały ciało. Miały symbolizować młodość i niewinność. W wiankach wskakiwały do rzeki. Po raz pierwszy w tym roku zażywały odświeżającej kąpieli. Później pomagały w przygotowaniu ogniska na wieczór i gdzie tylko mogły rozsiewały zapach ziół. Nie tylko zapach. W każdą wolną szczelinę utykały wonne zioła. Jeden z wieńców powiesiły na drzwiach wejściowych. Innymi zielnymi bukietami przyozdobiły okna, stoły, szafy i komody. Wszędzie pachniało łąką. Wreszcie nadszedł wieczór i długo wyczekiwana noc. Po tańcach i brawurowych skokach przez ogień padły znużone i zaczęły przysłuchiwać się rozmowom prowadzonym przez resztę rodziny. Ciocię Augustynę ogarnął romantyczny nastrój i zaczęła deklamować Świteziankę. Zrobiło się bardzo tajemniczo. Wszyscy popadli w zadumę nad losem dziewczyny niosącej kosz malin i młodzieńca wplatającego kwiaty w wianek ukochanej. Piękni i młodzi w świetle księżyca nad wodami sinej Świtezi. Wtem wuj Bogumił przerwał ciszę i tubalnym głosem zaczął balladę litewską o trzech Budrysach:

Stary Budrys trzech synów, tęgich jak sam Litwinów,
Na dziedziniec przyzywa i rzecze:
„Wyprowadźcie rumaki i narządźcie kulbaki,
A wyostrzcie i groty, i miecze.”

Na to wszystko odezwał się Ziemowit, starszy brat Jagódki. – A gdy już mowa o trzech Budrysach, czy opowiadałem wam o moich puchaczach?
Ziemowit był osiem lat starszy od Malinki i Jagódki. Podobnie jak wuj Bogumił był zapalonym przyrodnikiem i wytrawnym obserwatorem przyrody. Zapuszczał się w niedostępne knieje i nieprzebyte ostępy puszczy i spędzał tam całe dnie podglądając przyrodę. Ostatnio wytropił gniazdo puchaczy. Miał niebywałą okazję obserwować przyjście na świat małych puchaczątek. Gniazdo wykrył już w zeszłym roku i skrzętnie przygotował się do tegorocznego lęgu. Jego kryjówkę tworzyła mała zadaszona i dobrze zamaskowana budka. Dla Ziemowita było to najwspanialsze miejsce na ziemi. Był wniebowzięty mogąc z tak bliska patrzeć w oczy puchaczowi. I to nie jednemu. Spędzał tam długie godziny siedząc bez ruchu, a gdy w końcu musiał opuścić swój punkt obserwacyjny, przychodziło mu to z ogromnym trudem. Ścierpnięty i zmarznięty gramolił się powoli, by nie spłoszyć puchaczy. Porzucenie przez rodziców oznaczałoby skazanie maluchy na niechybną śmierć. Musiał być zatem bardzo ostrożny. Teraz opowiadał z wielkim przejęciem:

– Siedzę sobie w moich chaszczach cichutko jak mysz pod miotłą, patrzę i oczom nie wierzę. Trzy! Wyobrażacie sobie? Trzy jaja zniosła! Myślę sobie: to jeszcze nic nie znaczy. Nie wiadomo czy wszystkie się wyklują, ale wykluły się wszystkie trzy! Nie wszystkie od razu, bo z dwudniowymi przerwami, ale wszystkie! Puchate, małe takie, nieporadne brzydactwa, ale jakie piękne! Z każdym dniem coraz głośniej domagały się jedzenia. Żarłoki jedne! Rodzice nieźle musieli się nalatać, żeby je wszystkie wykarmić. Czego tam w gnieździe nie było: nornice, karczowniki i inne gryzonie, jeże, różne ptactwo, nawet sowy! Znaczy inne gatunki sów, mniejsze niż puchacze. No nie był to zbyt zachwycający widok, muszę przyznać. A one tylko jadły i spały. No i rosły. Coraz bardziej przypominały sowy, kiedy zaczynały im rosnąć pióra. Śmieszne były. Pocieszne takie. Kręciły głowami jak oszalałe. Machały skrzydłami, przepychały się i wyczyniały różne fikołki i wygibasy. Zwłaszcza jak ich matka przylatywała z kolejnym posiłkiem. Myślałem, że umrę ze śmiechu. Potem jednak nie było mi już do śmiechu. Okazało się, że nie dość często przylatywała. Były po prostu głodne i każdy chciał pierwszy dopaść zdobycz. Wiadomo: kto pierwszy ten lepszy. W końcu jeden osłabł tak bardzo, że pozostałe zadziobały go i zjadły. I kto by pomyślał, że z moich trzech Budrysów zostanie tylko dwóch? W tej chwili gdzieś w oddali odezwał się puchacz pohukując złowieszczo, jakby na potwierdzenie tej mrożącej krew w żyłach historii.

– Brr! To straszne, wzdrygnęła się Jagódka. – Biedactwo! Jak mogły zjeść rodzonego brata, albo siostrę? No powiedz Wiciu, czy ty zjadłbyś mnie na kolację, jakbyś był głodny?

– Nie skądże, roześmiał się Ziemowit. – Jesteś zbyt żylasta. Po za tym bałbym się, że w odwecie stanęłabyś mi kością w gardle i zadławiłbym się na śmierć.

– To się nazywa kanibalizm, skomentowała rezolutna Malinka. – Okropieństwo!

– To tak jak z naszymi bocianami, włączył się do rozmowy wuj Bogumił. Z czterech młodych zostały tylko dwa. Tym razem jednak to nie rodzeństwu przypadła rola czarnego charakteru a ojcu. W naturze takie rzeczy są całkiem normalne. Tylko najsilniejsze osobniki mogą przetrwać. I nie Jagódko, na pewno nie zjadłbym cię na obiad. Jesteś moją ukochaną córeczką i nikomu nie pozwoliłbym cię skrzywdzić. Broniłbym cię z narażeniem życia do ostatniej kropli krwi.

– Kainizm!, wykrzyknęła milcząca do tej pory ciocia Augustyna – Wiedziałam, że to ma jakąś naukową nazwę, tylko nie mogłam sobie przypomnieć. Gdy brat zabija brata. Jak w Biblii: Kain zabił Abla. Stąd ta nazwa. Nieszczęsny puchacz to odpowiednik Abla, tylko że Kainów było dwóch. Ale dosyć już tych historii, bo dziewczynkom przyśnią się koszmary.

– Nie przyśnią, zgodnie odpowiedziały dziewczynki.

– Na dziś już starczy wrażeń, ucięła ciocia Augustyna. – Lato dopiero się zaczęło. Kiedyś jeszcze powtórzymy palinockę, obiecała, po czym rzuciła zioła na rozżarzone węgle i zaśpiewała:

Niech ruta w ogniu trzeszczy,
Czarownica z złości wrzeszczy.
Niech bylicy gałąź pęka,
Czarownica próżno stęka.

Po całej okolicy rozchodził się zapach ziół, z lasu dobiegały głosy nocnych duchów, a w uszach pobrzmiewały echa piosenki…


Sati Sauri „Wianeczek-Noc Kupały”

Nie ma jak u mamy

Polakowi mieszkającemu w Danii doskwiera wiele rzeczy. Jedną z nich jest nudne, monotonne duńskie jedzenie.
Polak tęskni za prawdziwą polską żywnością, za polskimi smakami: za polskim chlebem, polską kiełbasą, polskim piwem… lista produktów, za którymi tęskni Polak jest bardzo długa.
Do tego dochodzą smaki zapamiętane z dzieciństwa. Pierogi, które robiła mama, placek drożdżowy, sernik…
Każdy uważa, że to właśnie jego mama robiła najlepsze ciasta, dania, potrawy. Tych rzeczy brakuje, za tymi rzeczami się tęskni.
Na szczęście pojawiają się w Danii polskie sklepy. Dostarczają nam polskie produkty, nawet obwoźnie, tak jak w przypadku Babuni, która dociera tam, gdzie polskich produktów brakuje najbardziej.
To dzięki takiej polskiej działalności możemy znowu posmakować polskich specjałów i kto wie… może poczuć się przez chwile jak w domu, u mamy.

Ty to masz szczęście

Ty to masz szczęście. Twój kraj szczęśliwy, piękny prawdziwy. Ludzie uczynni, w sercach niewinni, twój kraj szczęśliwy…”  – śpiewał Janusz Radek.
O jakim to on kraju śpiewał?
Było ciemno, więc nie wiem co widziałem i pamiętam też niewiele…
… tak, to mogła być Dania. Kraj szczęśliwy. Ludzie szczęśliwi.
Właściwie Duńczycy są szczęśliwi bez względu na to co się dzieje.

Praca

Gdy przeciętny Duńczyk znajdzie „wymarzoną pracę” (drømme job) – nawiasem mówiąc to bardzo popularny zwrot w Danii (drømme job)- a więc gdy znajdzie swoją wymarzoną pracę, zmieni swoją wymarzoną pracę na jeszcze bardziej wymarzoną, jest szczęśliwy.  To zrozumiałe.
Powie o tym swojej rodzinie, znajomym.
Oni odpowiedzą: „Świetnie. Brawo. Gratulacje.”

Co się stanie, gdy przeciętny Duńczyk straci swoją wymarzoną pracę. Wtedy też jest szczęśliwy.
Powie o tym swojej rodzinie, znajomym.
Oni odpowiedzą: „Dobrze, odpoczniesz sobie trochę, pobędziesz trochę w domu.”
To prawda, należy mu się odpoczynek, pobędzie trochę z rodziną, obiad ugotuje, płot naprawi.

Nie ma znaczenie czy znalazł pracę, czy stracił pracę – jest szczęśliwy. Dlaczego?
Wyobraźcie sobie Polaka, który stracił pracę i jest z tego powodu szczęśliwy. Wyobraźcie sobie Polaka, który ma pracę i jest szczęśliwy.

Podatki

Gdy przeciętny Duńczyk dostanie zwrot podatku, jest szczęśliwy. Urząd podatkowy obliczył, że za dużo zapłacił podatku w zeszłym roku i należy mu się zwrot nadpłaconej kwoty. Każdy byłby szczęśliwy. To zrozumiałe.
Powie o tym swojej rodzinie, znajomym.
Oni odpowiedzą: „Świetnie, dodatkowe pieniądze zawsze się przydadzą.”

Co się stanie, gdy przeciętny Duńczyk ma niedopłatę podatku. Urząd podatkowy obliczył, że zapłacił za mało podatku w zeszłym roku i musi dopłacić. Wtedy też jest szczęśliwy.
Powie o tym swojej rodzinie, znajomym.
Oni odpowiedzą: „Dobrze, to znaczy, że sporo zarobiłeś w zeszłym roku. Brawo!”

Wyobraźcie sobie Polaka, który ma zaległy podatek do zapłacenia i jest z tego powodu szczęśliwy.

Szczęście

Szczęście jest kwestią wyboru. To ty wybierasz czy jesteś szczęśliwy. To ty wybierasz, czy chcesz być szczęśliwy. Czy można znaleźć coś dobrego w tym, że się straciło pracę lub w tym, że ma się dodatkowy podatek do zapłacenia?
Szukaj szczęścia wszędzie, nawet tam, gdzie na pierwszy rzut oka go nie ma. Szczęście to kwestia wyboru. Pamiętaj o tym. Ty wybierasz!

Istnieją sytuacje, okoliczności, które sprawiają, że szczęście łatwiej można odnaleźć.
Dania, państwo duńskie, stwarza takie okoliczności. Tak naprawdę przeciętny Duńczyk nie ma czym się martwić. Płaci podatki i wierzy, że płacenie podatków ma sens, że właśnie dzięki podatkom jego kraj jest szczęśliwy i on sam jest szczęśliwy. Jeśli straci pracę, to nic złego się nie stanie. Wyląduje na chwilę na zasiłku i właściwie nawet nie odczuje tego w swoich finansach. Jeśli obojętnie od sytuacji, ma gdzie mieszkać, starcza mu na jedzenie, na opłaty, znajduje czas, żeby robić to co lubi, na swoje hobby – dlaczego ma nie być szczęśliwy. Przecież praca, podatki nie mają znaczenia. One nie mogą sprawić, że jesteś lub nie jesteś szczęśliwy. Szczęście to nie jest coś, co może dać ci ktoś albo coś. Szczęście to coś co się wybrało. Szczęście to coś co się ma.

Polakowi jest trudniej „wybrać” szczęście. Okoliczności nie pomagają w wyborze.
Jeśli jednak już wybierzesz, że tak, że teraz już będziesz szczęśliwy. Trzymaj się tego i nie puszczaj! Nawet jeśli jest ciężko, nawet jeśli idziesz pod wiatr. Wytrwaj! Pamiętaj szczęście to kwestia wyboru! Okoliczności nie mają znaczenia. Okoliczności się zmienią. Szczęście zostanie.

szczescie dania blog

 .

Czego tu nie ma

Każdy obcokrajowiec mieszkający na stałe w Danii, gdy tylko jedzie do swojego rodzinnego kraju robi zakupy. Kupuje wszystko, a najbardziej te rzeczy, których w Danii mu brakuje.
Polacy wracający do Danii, po pobycie w Polsce mają samochody zapakowane po sam dach, a czasem nawet i na dachu. Wiozą chleby, kiełbasy, piwa, wódki, słodycze, wiozą wszystko, czego tutaj nie mogą kupić.
No dobrze, ale co wiozą, gdy jadą z Danii do Polski. Przecież warto zawieźć jakieś duńskie smakołyki rodzinie i znajomym.

Przywieź coś dobrego

Spędzając urlop w Polsce poszedłem odwiedzić znajomych w firmie, w której kiedyś pracowałem. Zapytałem co u nich. Tam niewiele się zmieniło. Zapytali co u mnie. U mnie sporo się pozmieniało. Pracuję i mieszkam w Danii. Zaczęła się rozmowa, znajomi ciekawi, co to ta Dania jest, bo niby kraj nie tak daleko położony, ale niewiele o nim wiadomo.
„Następnym razem, jak przyjedziesz, przywieź nam coś dobrego” – powiedzieli.
„Co tam mają dobrego? Wódki? Maja dobre wódki?”
„Nie, wódek nie mają dobrych.”
„To może słodycze, czekolady?”
„Nie, słodyczy też nie mają dobrych.”
„To może coś z jedzenia. Co mają dobrego do jedzenia?”
„Jedzenie… hmm… jedzenie też nie jest dobre…”

Wyglądało na to, że po prostu nie chce im nic przywieźć. Żeby zatrzeć to wrażenie, na następną wizytę przyjechałem przygotowany, kupiłem sztandarowy duński trunek – Gammel Dansk. Wypiliśmy po kieliszku. Popatrzyli na mnie, na siebie, znowu na mnie. Twarze jakieś niewyraźne. Spodziewali się czegoś lepszego. Butelkę osuszyliśmy, ale Gammel Dansk, dla polskich smakoszy wódek wysokoprocentowych okazał się zwykłym syropem na kaszel. Ani dobry, ani w głowie nie zaszumiało.

Dania dla jarosza

Pod koniec lat 90-tych, mój znajomy – wegetarianin, który pół życia spędził w Indiach, przyjechał ze swoją narzeczoną do Danii, w odwiedziny do jej rodziców.
Wyobraźcie sobie indyjskie jedzenie. Potrawy pełne kolorów. Wszystkie smaki: słony, ostry, słodki, kwaśny, gorzki, nawet jest smak neutralny. Wszystko zachęca zapachem, wyglądem. Człowiek najpierw syci się oczami, potem dopiero napełnia żołądek. Trudno uwierzyć, że to wszystko są bezmięsne potrawy. Nie potrzeba mięsa, wszystko jest tak pysze, że nawet nie zauważasz, że to dania jarskie.
Ten człowiek, przyzwyczajony do takiej kuchni, przyjeżdża do Danii. Rodzice narzeczonej wiedzą, że jest wegetarianinem, więc przygotowują potrawę specjalnie dla niego. I …dostaje na półmisku ugotowanego kalafiora. To wszystko. To już. To cały wegetariański obiad.
Chciałbym widzieć wtedy jego minę… zaraz… chyba widziałem taką minę u znajomych, którzy domagali się przywiezienia czegoś dobrego z Danii.

Mamy dość

Potrzebujesz czosnek do potrawy, możesz kupić – chiński, ale i tak masz szczęście, bo jeszcze piętnaście lat temu tutaj nie wiedzieli jak czosnek wygląda.
Chcesz kupić jogurt, proszę bardzo, są dwa smaki do wyboru. Tak samo soki: jabłkowy lub pomarańczowy.
Chcesz mydło, jest jedno! Jeśli ci nie odpowiada, ale co gorsze lubisz odmianę musisz sobie je przywieźć. Myślałem, że ja tylko przywożę kostki mydła, ale nie. Znajomy, który ma rodzinę w Anglii, za każdym razem gdy ich odwiedza kupuje i przywozi ze sobą mydło!

O co chodzi? Co tu jest nie tak? Tutaj niczego nie ma!
Jednak Duńczycy uważają, że mają wszystkiego dosyć i nie potrzebują więcej. Po co im wybór. Przecież to co oferują im sklepy, co oferuje im państwo jest najlepsze. Dlaczego mieliby chcieć czegoś innego?
Tak, mają dosyć wszystkiego.
Właściwie to nie mają tylko jednej rzeczy: nie mają potrzeb. Ale jakie można mieć potrzeby, skoro myśli się, że ma się wszystko?

czego tu nie ma e-migranci.net

 

 

.

Mamy dosyć!

Vi har nok! – Mamy dosyć! – przeczytałem kiedyś taki nagłówek w jednej z duńskich gazet.
Pomyślałem, że coś nas jednak łączy. Oni też się wkurzyli, oni też podobnie jak i my mają tego dosyć. Okazuje się, że tli się w nich jakieś życie, że są w nich resztki emocji.
Duńczycy podobnie jak Polacy – moją dosyć!

Polacy mają dosyć

Czego Polacy mają dosyć?
Polacy mają dosyć wszystkiego.
Mają dosyć polityków i ich kłamstw, niespełnionych obietnic, korupcji i afer.
Mają dosyć bycia manipulowanymi przez media i podstawione przez władze „autorytety moralne”.
Polacy mają dosyć tego, że jest za drogo, że rząd nakłada na nich kolejne podatki.
Mają dosyć tego, że płacą na emeryturę, której nie dostaną, że opłacają służbę zdrowia, żeby latami czekać w kolejce na operację.
Mają w końcu dosyć tego, że muszą opuszczać rodziny i szukać zatrudnienia za granicą, bo nie mogą znaleźć pracy w kraju.
Polacy mają tego wszystkiego dosyć!

Duńczycy mają dosyć

Czego Duńczycy mają dosyć?
Duńczycy też mają dosyć wszystkiego. Naprawdę. No może nie do końca…
Czy mają dosyć kłamstw polityków?
Zbyt wysokich podatków?
Może „kulawej” państwowej służby zdrowia?
Nie.
Jednak według artykułu w gazecie – mają dosyć!
Czego w takim razie mają dosyć?
Cóż… tak naprawdę mają dosyć… wszystkiego… i więcej nic już nie potrzebują. Nie potrzebują nic więcej kupować. Mają dosyć pieniędzy na dom, na wyposażenie domu, na podróże, na wyjścia do restauracji. Mają dosyć, by zaspokoić swoje potrzeby. Oni nawet przyjaciół mają dosyć i nie potrzebują mieć więcej.

Jak to możliwe? Czy można mieć wszystkiego dosyć?
Ależ tak, przecież Polacy też mają wszystkiego dosyć.

e-migranci.net mamy dosyc

 .

Video
Facebook