Emigracja. Inspiracja. Motywacja.

mity

Mitologia Nordycka

Zastanawiacie się czasem, skąd bierze się poezja? Skąd bierzemy pieśni, które śpiewamy, opowiadane historie? Czy zadajecie sobie pytanie, jak to jest, że niektórzy potrafią snuć piękne, wspaniałe, wielkie sny i przekazywać je dalej światu w postaci poezji, by były śpiewane i powtarzane tak długo, póki słońce wschodzi i zachodzi, póki księżyc rośnie i maleje? Zastanawialiście się, dlaczego niektórzy tworzą piękne wiersze, pieśni i opowieści, a inni z nas nie? To długa historia i nikomu nie przysparza chwały: są w niej morderstwo i oszustwo, są kłamstwa i głupota, uwiedzenie i pościg.

Tak się zaczyna jeden z rozdziałów „Mitologii Nordyckiej” Neila Gaimana. Książka warta polecenia zwłaszcza osobom niewtajemniczonym w tematy mitologii nordyckiej. Mity podane są w sposób przystępny, napisane językiem współczesnym, krótko, prosto i bez żadnych stylizacji. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się czegoś o Tyrze, Odynie, Thorze, Frei no i oczywiście światoburczym Lokim lub usystematyzować wiedzę zdobytą z kultury masowej, powinien sięgnąć właśnie po Mitologię Gaimana. Zaprawiona jest szczyptą humoru, dzięki czemu można na bogów spojrzeć z przymrużeniem oka. Są to bowiem istoty obdarzone nie tylko przymiotami, ale też przepełnione ziemskimi przywarami takimi jak pycha, gniew, okrucieństwo. Namiętności wpędzają ich w nie lada tarapaty i przyczyniają się do różnego rodzaju zawirowań, tłumaczących skąd bierze się poezja, odpływy i przypływy morza oraz dlaczego ziemia się trzęsie…

The punishment of Loki

Fenja i Menja

Na Morzu Wattowym u wybrzeży południowo-zachodniej Danii leży wyspa Fanø. Dopłynąć do niej można jednym z dwóch promów: Fenja, Menja. Nazwy promów wywodzą się z nordyckiego mitu o duńskim królu Frode.

Król Frode cieszył się poważaniem i oddaniem poddanych. Za czasów jego panowania w Danii panował dobrobyt i pokój. Jak każdy król, Frode pragnął pomnażać swoje bogactwo. Nadarzyła się ku temu doskonała sposobność, jako że znalazł się w posiadaniu cudownego młyna. Młyn Grotte miał cudowną właściwość mielenia wszystkiego, czego dusza zapragnie. Był jeden szkopuł: mianowicie młyn był tak wielki i ciężki, że żaden człowiek nie był w stanie poruszyć jego żaren. Pewnego dnia podczas wyprawy do Szwecji król Frode napotkał dwie dziewice z rodu Olbrzymów: Fenję i Menję. Zachwyciły go swoją siłą i posturą, toteż zabrał je ze sobą, żeby mełły dla niego w cudownym młynie złoto, pokój i pomyślność, do czego ochoczo się zabrały. Pracowały gorliwie dzień i noc wychwalając cnoty króla, lecz gdy w końcu poprosiły o odpoczynek, owładnięty żądzą posiadania król odmówił.
To rozjuszyło Olbrzymki. Pomne swego pochodzenia, dumne z tego, że mogą poruszyć góry z posad świata, nie mogły zgodzić się na zaprzęgnięcie ich do niewolniczej pracy bez chwili wytchnienia. Nadal mełły bez ustanku, ale już nie po to, by z radością służyć szlachetnemu królowi, ale by ukarać bezlitosnego okrutnika. Nie szczęście, złoto i pokój mełły a ogień, miecz i wojnę. Już nie śpiewały na cześć króla. W swych pieśniach życzyły mu klęski i śmierci. W końcu ich życzeniom stało się zadość: morski król Mysing napadł na Frode i zabił go, a cudowny młyn wraz z dziewicami zabrał z sobą na statek, gdzie nakazał Fenji i Menji mleć sól. Mełły tak długo, aż statek nie poszedł na dno pod ciężarem soli. To dlatego morze jest słone.
Do dziś Fenja i Menja mielą sól na dnie morza, a w ryku wzburzonego żywiołu można usłyszeć odgłosy poruszanych przez nie kamieni młyńskich. Niektórzy wierzą, że młyn znajduje się w morzu pomiędzy wyspami Fanø i Mandø, gdyż tam zasolenie jest wyjątkowo duże i że  obie wyspy zawdzięczają swoje nazwy Fenji i Menji.

Fenja Menja

Mortensaften – dzień świętego Marcina

Dzień świętego Marcina, a właściwie wigilia dnia świętego Marcina obchodzona jest, aby uczcić pamięć biskupa Marcina z Tours, który wcale nie chciał zostać biskupem.
Tego dnia na wielu duńskich stołach pojawia się pieczona gęś lub kaczka.

Marcin z Tours żył w IV wieku, w czasach Imperium Rzymskiego, na terenach dzisiejszych Węgrzech.
W piętnastym roku życia zaciągnął się do rzymskiej armii, z którą trafił do Galii, do garnizonu w Amiens. Tutaj pewnego zimowego dnia napotkał półnagiego żebraka. Marcin był prostym żołnierzem i jedyne co miał to miecz i żołnierską opończę. Wziął swój miecz, przeciął opończę i oddał jej połowę żebrakowi.
Tej nocy, we śnie Marcin ujrzał Chrystusa w odzianego w połowę żołnierskiej opończy. Chrystus mówił do aniołów: „zobaczcie, jak mnie Marcin przyodział”.

Marcin zawsze okazywał dobre serce dla biednych, mógł uzdrawiać chorych i wskrzeszać umarłych. Znany był jako człowiek święty. Sława jego życia i cudów sprawiła, że kapłani i wierni zapragnęli, aby Marcin został biskupem. Jednak Marcin nie był tym zainteresowany. Gdy lud zebrał się, by mianować go biskupem, Marcin ukrył się w szopie z gęsiami. Gęsi zaczęły piszczeć wydając kryjówkę Marcina, który musiał przyjąć godność biskupa.
Dla uczczenia tego zdarzenia, Marcin poprosił wiernych z całej okolicy, aby w tym dniu w każdym domu została przyrządzona i zjedzona przynajmniej jedna gęś. To była zemsta Marcina na gęsiach, za to, że wydały jego kryjówkę.

W Danii, dzień świętego Marcina nie jest oficjalnym świętem. Tradycja obchodzenia tego dnia powoli zamiera. Ale jeszcze w wielu domach Mortensaften, jest okazją, aby zjeść wspólny posiłek przy rodzinnym stole.

swiety marcin

Kupalnocka – gawęda na Noc Kupały

Jak Malinka z Jagódką obchodziły Kupalnockę

Była raz sobie pewna rezolutna dziewczynka o imieniu Malwinka. Miała trzynaście lat. Właśnie skończyła szóstą klasę i jak co roku spędzała wakacje u cioci. Malwinka była bladą, piegowatą dziewczynką o wielkich zielonych oczach, słomianych włosach i malinowych usteczkach. Pewnie dlatego wszyscy w rodzinie zgodnie nazywali ją Malinką. Była do tego niesamowicie zdolna. Nauka przychodziła jej bez trudu i wszystko chwytała w lot. Ponieważ jednak była taka blada i do tego niemiłosiernie chuda – miała rączki i nóżki długie i chude jak patyczki i cała wyglądała jak patyczak – rodzice co roku wysyłali ją na całe wakacje do cioci Augustyny. Miała tam zażyć zdrowego wiejskiego powietrza oraz nabrać ciała i rumieńców po całym roku szkolnym, jaki Malinka spędzała z nosem utkwionym w książkach i oczami wlepionymi w ekran komputera.

Ciocia Augustyna mieszkała w leśnej głuszy w małym domku zwanym gajówką pośród Puszczy Augustowskiej, gdzie sprawowała niepodzielne rządy niczym cesarz August. Ciocia Augustyna miała męża – wuja Bogumiła, który odznaczał się wielką pogodą ducha, ogromnym poczuciem humoru i umiejętnością schodzenia z drogi energicznej i stanowczej cioci. Zresztą wuj Bogumił rzadko wchodził w paradę cioci Augustynie, a to dlatego że nie przebywał w domu zbyt często. Większość czasu spędzał bowiem na obserwacji dzikich ptaków i zwierząt i fotografowaniu ich ze swoich tajemnych kryjówek. A gdy już bywał w domu, zaszywał się w swojej pracowni i malował. Był to człowiek obdarzony ogromnym talentem, spokojem i anielską cierpliwością. Kochał wszystkie stworzenia małe i duże i wszystkie stworzenia kochały jego.

W Augustowskiej gajówce czas płynął inaczej niż w mieście. Nie tylko wolniej, ale zupełnie inaczej. Czas wyznaczały pory dnia i roku, rytm przyrody i prawa natury. Zapominało się co to pośpiech. Nikt nie gonił za postępem. Telefon lądował na dnie szuflady. Malince wydawało się, że czas od stuleci stoi w miejscu w tym zaczarowanym świecie, zamieszkanym dawniej przez plemiona Bałtów czczących księżyc i gwiazdy, gromy i błyskawice, wodę i ogień, w świecie gdzie tyle się działo. Każdego dnia czekały Malinkę nowe przygody. Nieodłączną towarzyszką tych przygód była Jagódka – kuzynka Malinki i córka cioci Augusi i wujcia Bogusia. Dziewczynki bardzo się zżyły. Były jak papużki nierozłączki. Zawsze i wszędzie razem. Tam gdzie była Jagódka, była i Malinka. Tam gdzie Malinka, wiadomo było, że jest i Jagódka. Gdy ciocia wołała dziewczynki zamiast: Malinka! Jagódka! wołała: MaJa! Tak było krócej i łatwiej dla energicznej i praktycznej cioci.

Dziewczynki były rówieśniczkami. W przeciwieństwie do starszej o pół roku Malinki, Jagódka przez cały rok wyglądała zdrowo. Była zwinna jak sarna, szybka jak ryś i wiecznie rozczochrana jak strach na wróble. Ciemne niesforne pukle wiązała w kucyk, chcąc je nieco poskromić, lecz już po chwili nieujarzmione kosmyki zaczynały żyć swoim życiem. Kolana i łokcie miała całe w siniakach, a z jej spalonej słońcem i ogorzałej od wiatru buzi nie schodził szelmowski uśmiech, Ta łobuzerska mina zdradzała, że w jej pełnej fantazji główce nieustanne rodzą się szalone pomysły.
Jak przystało na mieszkankę lasu dobrze znała jego tajemnice. Wiedziała gdzie rosną jagody, jeżyny i grzyby i zioła. Umiała nazwać wszystkie rośliny, ptaki i zwierzęta. Wiedziała gdzie kryją się poszczególni mieszkańcy lasu i potrafiła rozpoznać ich obecność po odgłosach i śladach, jakie za sobą zostawiali. Wiedziała to wszystko i o wiele więcej. Dla Malinki była prawdziwą Wiedźmą. Może dlatego właśnie czasem nazywała Jagódkę Jagą. Jagódka nic sobie z tego nie robiła. Kto by zaprzątał sobie głowę takimi głupstwami, kiedy wokół tyle ciekawych rzeczy. Sama nazywała Malinkę Inką. Jaga i Inka były bardzo ze sobą związane i gotowe wskoczyć w ogień jedna za drugą.

Właśnie nadchodziła najkrótsza noc w roku – noc Kupały. Wprost nie mogły sie jej doczekać. Od świtu zbierały zioła do wianków: bylicę, szałwię, rutę, dziewannę, rosiczkę, rumianek, dziurawiec, łopian i dziki bez. Wszystkie miały działanie oczyszczające i ochronne. Odpędzały złe moce i wzmacniały ciało. Miały symbolizować młodość i niewinność. W wiankach wskakiwały do rzeki. Po raz pierwszy w tym roku zażywały odświeżającej kąpieli. Później pomagały w przygotowaniu ogniska na wieczór i gdzie tylko mogły rozsiewały zapach ziół. Nie tylko zapach. W każdą wolną szczelinę utykały wonne zioła. Jeden z wieńców powiesiły na drzwiach wejściowych. Innymi zielnymi bukietami przyozdobiły okna, stoły, szafy i komody. Wszędzie pachniało łąką. Wreszcie nadszedł wieczór i długo wyczekiwana noc. Po tańcach i brawurowych skokach przez ogień padły znużone i zaczęły przysłuchiwać się rozmowom prowadzonym przez resztę rodziny. Ciocię Augustynę ogarnął romantyczny nastrój i zaczęła deklamować Świteziankę. Zrobiło się bardzo tajemniczo. Wszyscy popadli w zadumę nad losem dziewczyny niosącej kosz malin i młodzieńca wplatającego kwiaty w wianek ukochanej. Piękni i młodzi w świetle księżyca nad wodami sinej Świtezi. Wtem wuj Bogumił przerwał ciszę i tubalnym głosem zaczął balladę litewską o trzech Budrysach:

Stary Budrys trzech synów, tęgich jak sam Litwinów,
Na dziedziniec przyzywa i rzecze:
„Wyprowadźcie rumaki i narządźcie kulbaki,
A wyostrzcie i groty, i miecze.”

Na to wszystko odezwał się Ziemowit, starszy brat Jagódki. – A gdy już mowa o trzech Budrysach, czy opowiadałem wam o moich puchaczach?
Ziemowit był osiem lat starszy od Malinki i Jagódki. Podobnie jak wuj Bogumił był zapalonym przyrodnikiem i wytrawnym obserwatorem przyrody. Zapuszczał się w niedostępne knieje i nieprzebyte ostępy puszczy i spędzał tam całe dnie podglądając przyrodę. Ostatnio wytropił gniazdo puchaczy. Miał niebywałą okazję obserwować przyjście na świat małych puchaczątek. Gniazdo wykrył już w zeszłym roku i skrzętnie przygotował się do tegorocznego lęgu. Jego kryjówkę tworzyła mała zadaszona i dobrze zamaskowana budka. Dla Ziemowita było to najwspanialsze miejsce na ziemi. Był wniebowzięty mogąc z tak bliska patrzeć w oczy puchaczowi. I to nie jednemu. Spędzał tam długie godziny siedząc bez ruchu, a gdy w końcu musiał opuścić swój punkt obserwacyjny, przychodziło mu to z ogromnym trudem. Ścierpnięty i zmarznięty gramolił się powoli, by nie spłoszyć puchaczy. Porzucenie przez rodziców oznaczałoby skazanie maluchy na niechybną śmierć. Musiał być zatem bardzo ostrożny. Teraz opowiadał z wielkim przejęciem:

– Siedzę sobie w moich chaszczach cichutko jak mysz pod miotłą, patrzę i oczom nie wierzę. Trzy! Wyobrażacie sobie? Trzy jaja zniosła! Myślę sobie: to jeszcze nic nie znaczy. Nie wiadomo czy wszystkie się wyklują, ale wykluły się wszystkie trzy! Nie wszystkie od razu, bo z dwudniowymi przerwami, ale wszystkie! Puchate, małe takie, nieporadne brzydactwa, ale jakie piękne! Z każdym dniem coraz głośniej domagały się jedzenia. Żarłoki jedne! Rodzice nieźle musieli się nalatać, żeby je wszystkie wykarmić. Czego tam w gnieździe nie było: nornice, karczowniki i inne gryzonie, jeże, różne ptactwo, nawet sowy! Znaczy inne gatunki sów, mniejsze niż puchacze. No nie był to zbyt zachwycający widok, muszę przyznać. A one tylko jadły i spały. No i rosły. Coraz bardziej przypominały sowy, kiedy zaczynały im rosnąć pióra. Śmieszne były. Pocieszne takie. Kręciły głowami jak oszalałe. Machały skrzydłami, przepychały się i wyczyniały różne fikołki i wygibasy. Zwłaszcza jak ich matka przylatywała z kolejnym posiłkiem. Myślałem, że umrę ze śmiechu. Potem jednak nie było mi już do śmiechu. Okazało się, że nie dość często przylatywała. Były po prostu głodne i każdy chciał pierwszy dopaść zdobycz. Wiadomo: kto pierwszy ten lepszy. W końcu jeden osłabł tak bardzo, że pozostałe zadziobały go i zjadły. I kto by pomyślał, że z moich trzech Budrysów zostanie tylko dwóch? W tej chwili gdzieś w oddali odezwał się puchacz pohukując złowieszczo, jakby na potwierdzenie tej mrożącej krew w żyłach historii.

– Brr! To straszne, wzdrygnęła się Jagódka. – Biedactwo! Jak mogły zjeść rodzonego brata, albo siostrę? No powiedz Wiciu, czy ty zjadłbyś mnie na kolację, jakbyś był głodny?

– Nie skądże, roześmiał się Ziemowit. – Jesteś zbyt żylasta. Po za tym bałbym się, że w odwecie stanęłabyś mi kością w gardle i zadławiłbym się na śmierć.

– To się nazywa kanibalizm, skomentowała rezolutna Malinka. – Okropieństwo!

– To tak jak z naszymi bocianami, włączył się do rozmowy wuj Bogumił. Z czterech młodych zostały tylko dwa. Tym razem jednak to nie rodzeństwu przypadła rola czarnego charakteru a ojcu. W naturze takie rzeczy są całkiem normalne. Tylko najsilniejsze osobniki mogą przetrwać. I nie Jagódko, na pewno nie zjadłbym cię na obiad. Jesteś moją ukochaną córeczką i nikomu nie pozwoliłbym cię skrzywdzić. Broniłbym cię z narażeniem życia do ostatniej kropli krwi.

– Kainizm!, wykrzyknęła milcząca do tej pory ciocia Augustyna – Wiedziałam, że to ma jakąś naukową nazwę, tylko nie mogłam sobie przypomnieć. Gdy brat zabija brata. Jak w Biblii: Kain zabił Abla. Stąd ta nazwa. Nieszczęsny puchacz to odpowiednik Abla, tylko że Kainów było dwóch. Ale dosyć już tych historii, bo dziewczynkom przyśnią się koszmary.

– Nie przyśnią, zgodnie odpowiedziały dziewczynki.

– Na dziś już starczy wrażeń, ucięła ciocia Augustyna. – Lato dopiero się zaczęło. Kiedyś jeszcze powtórzymy palinockę, obiecała, po czym rzuciła zioła na rozżarzone węgle i zaśpiewała:

Niech ruta w ogniu trzeszczy,
Czarownica z złości wrzeszczy.
Niech bylicy gałąź pęka,
Czarownica próżno stęka.

Po całej okolicy rozchodził się zapach ziół, z lasu dobiegały głosy nocnych duchów, a w uszach pobrzmiewały echa piosenki…


Sati Sauri „Wianeczek-Noc Kupały”

Sankt Hans Aften – czyli duńska Noc Świętojańska

Wróżby, tańce, palenie ziół, skoki przez ogniska to obrzędy związane z letnim przesileniem słońca, obchodzone w czasie najkrótszej nocy w roku. Noc Świętojańska, Noc Kupały czy Sobótka to święta pochodzące jeszcze z tradycji pogańskiej. Chrześcijaństwo nie mogąc usunąć tych głęboko zakorzenionych zwyczajów, przejęło część z nich tworząc własne święto.

Sankt Hans Aften – Wigilia św. Jana

Wigilia św. Jana wzięła swoją nazwę od Jana Chrzciciela, który według  tradycji chrześcijańskiej urodził się sześć miesięcy przed Jezusem. W całej Danii płoną ogniska dla uczczenia tego święta. Tradycja ta sięga początków XVII wieku.  Ale tak naprawdę płonące ogniska to obrzędy mające podłoże czysto pogańskie.

Palenie ognisk

W tę najkrótszą noc w roku ludzie gromadzą się i rozpalają ogniska. Ogniska mają odstraszyć czarownice, które właśnie tej nocy są najbardziej aktywne. Lecą do Brocen, najwyższego szczytu gór Harz. Żeby nie było wątpliwości co je spotka jeśli zatrzymają się w Danii, na każdym ognisku płonie kukła czarownicy.

Palenie czarownic

Dzisiaj w Danii płoną kukły zrobione z siana i papieru, ale były czasy kiedy prawdziwi ludzi płonęli na stosach. W XVI i XVII wieku około tysiąc osób – kobiet i mężczyzn – posądzonych o uprawianie czarów zostało spalonych żywcem. Ostatnią „czarownicą” spaloną na duńskim stosie była Anne Palles. Miało to miejsce  na wyspie Falster, w roku 1693.

Vi elsker vort land

Sankt Hans Aften to okazja do wspólnego spędzenia czasu. To piknik, na który można wybrać z rodziną, czy przyjaciółmi. Bardzo często całemu wydarzeniu towarzyszy orkiestra.
Nieodłączne jest wspólne odśpiewanie Vi elsker vort land” („Kochamy swój kraj”).
Wigilia św. Jana to jeden z najdłuższych dni w roku. Przy dobrej pogodzie można liczyć na wspaniały zachód słońca, szczególnie na zachodnim wybrzeżu Jutlandii.
Ale pomimo tego, że to druga połowa czerwca, w Danii nadal chłodno. Jeśli wybierasz się celebrować duńską Noc Świętojańską, warto ubrać ciepłą kurtkę, albo znaleźć miejsce blisko ogniska.

 

Sankt Hans Aften - czyli dunska Noc Swietojanska.

Video
Facebook