Emigracja. Inspiracja. Motywacja.

język duński

Język duński zmorą emigrantów

Wybrałam się z Figą na spacer do psiego parku (hundeskov). Dawno już tam nie zaglądałyśmy, więc postanowiłam sprawdzić jak teraz wygląda. No i nie zawiodłam się. Pojawiły się drewniane przeszkody do ćwiczenia agility: tunel, stół, kładka, koło i slalom. Super!
Taki park dla psów to świetna sprawa. Teren jest ogrodzony, więc psy biegają bez smyczy i mogą się razem swobodnie bawić. Właściciele mający na oku swoich pupili mogą w tym czasie nawiązać nowe znajomości, wymienić się wiedzą i doświadczeniami np. polecić dobry hotel dla psów lub weterynarza. Przyjemne z pożytecznym, a raczej przyjemne do kwadratu.

Przeszkody do agility nie były jedyną miłą niespodzianką. Kolejną okazało się wyjątkowo sympatyczne towarzystwo młodej Angielki, jej dzieci i oczywiście psiaka. Psy od razu znalazły wspólny język. My również. Pierwsze słowa, jakie nowa znajoma powiedziała zaraz po powitaniu to:
– I am English. My Danish isn’t very good.
– Thank God!, wyrwało mi się.
Nareszcie mogłam sobie porozmawiać w normalnym języku z normalną osobą. Nie żebym miała coś przeciwko Duńczykom. Wręcz przeciwnie, ale jednak spotkanie z Angielką wprost mnie uskrzydliło. She made my day. Co takiego jest w Duńczykach? Przecież są fajni. Przyjaźni, uczynni, bezpośredni. Lubią pożartować, więc można się z nimi pośmiać, jeśli tylko załapiesz duńskie poczucie humoru. Język! To musi być to. To znajomość języka sprawia, że zaczynasz chwytać kulturowe niuanse, że odnajdujesz się w towarzystwie i dobrze się tu czujesz. Tylko co z tego, jeśli za każdym razem kiedy otwierasz usta, żeby coś powiedzieć po duńsku, oni przybierają ten charakterystyczny wyraz twarzy. Na ich obliczach maluje się to dobrze znane skupienie, zwiastujące nieuchronne pytanie: Hvad siger du? I wtedy już wiesz, że wciąż jeszcze długa droga przed tobą, żeby być rozumianym, żeby opanować duńską wymowę. Ale nie poddajesz się. Co to to nie. Przekopujesz więc internet w poszukiwaniu kursów wymowy duńskiego. Ćwiczysz krtań, gardło, głos. Próbujesz wydobyć z siebie te obce dźwięki i ćwiczysz, ćwiczysz, ćwiczysz…


Det danske vokalsystem

Mojn – obciach czy chluba południa Jutlandii?

Telewizja duńska transmitowała niedawno film „Frygtelig Lykkelig” („Strasznie szczęśliwi”).
Rzecz rozgrywa się w południowej Jutlandii, do której jak na zesłanie trafia młody kopenhaski policjant. Komisarz odwożąc głównego bohatera, mówi mu na pocieszenie, że nie zabawi tutaj długo, chyba że mu się spodoba, a na pożegnanie mówi „mojn” i wyjaśnia, że tak się tu mawia. Oznacza to zarówno do widzenia jak i dzień dobry. Obsypany nagrodami film: „Frygtelig Lykkelig” z 2008 roku ukazuje słowo „mojn” jako regionalizm, który daje poczucie przynależności do konkretnej społeczności, poczucie wspólnoty i tożsamości mieszkańców południowej Jutlandii. Skąd się wzięło?

Germańskie korzenie

„Mojn” jest prawdopodobnie skróconą formą „Morgen”, używanego przez Niemców jako dzień dobry, a w okolicach Berlina i Brandenburgii wypowiadanego: „Morjen”. Na początku XX wieku „mojn” dotarło do Danii wraz z rzemieślnikami, handlarzami i żołnierzami, których słownictwo podczas pobytu w Niemczech nabrało niemieckich naleciałości. Z czasem to krótkie powitanie przyjęło się na południu Jutlandii, choć nie wszyscy chętnie je przyjęli.

Mojn er forbojn

Początkowo wielu Duńczyków tępiło germanizm i próbowało wykorzenić go z duńskiej mowy zgodnie z ideą: nie będzie Niemiec dzieci nam germanił. To głównie dzieci szybko chłoną nowinki językowe i w lot podchwytują poręczne gwarowe wyrażenia. Tak było i z „mojn”. W niektórych domach w pierwszej połowie XX wieku „mojn” było zakazane. Odsyłano dzieci do kąta lub kazano myć buzię za wypowiedzenie nieczystego słowa. Dopiero w latach siedemdziesiątych „mojn” zyskało powszechną akceptację, kiedy zostało wykorzystane w sloganie promującym Sønderborg: »Mojn – vi ses i Sønderborg«.

Kultowe czy kompromitujące „mojn”?

Do dziś w zależności od części regionu używa się „mojn” w różnych znaczeniach, kontekstach i z rozmaitym nastawieniem. W niektórych miejscach mówi się „mojn” głównie na powitanie lub w przelocie, w innych tylko na pożegnanie. Gdzieniegdzie jest uniwersalne. Bywa różnie. Indywidualne jest też podejście do „mojn”. Niektórzy są z niego dumni. Daje im poczucie wyjątkowości. Uważają, że mieszkańców południowej Jutlandii wyróżnia takie swoiste powitanie i że można się nim szczycić. Inni unikają stosowania go jak ognia, twierdząc, że jest prowincjonalne i używane tylko przez ludzi, którym słoma z butów wystaje. Po filmie: „Strasznie szczęśliwi” mam raczej mieszane uczucia co do togo słowa. Film polecam.


Frygtelig lykkelig (2008)

Danish language or ugly duckling

David Snopek, Amerykanin o korzeniach polskich, sam nauczył się polskiego między innymi słuchając i czytając książki po polsku. Na pierwszy ogień poszedł „Harry Potter”. Idealny wybór: książka dobrze napisana zarówno pod względem języka jak i dramaturgii. Jest też świetnie czytana przez Piotra Fronczewskiego, który nie tylko czyta profesjonalnie pod względem lektorskim, ale też po mistrzowsku interpretuje. Ile tam jest humoru, ile serca! Pomimo co mroczniejszych fragmentów, książka nie przytłacza, nie dławi, nie przygnębia. Wręcz przeciwnie, wciąga, bawi, fascynuje i urzeka swoją magią. Na pewno jest to również zasługa tłumacza Andrzeja Polkowskiego, dzięki któremu polski tekst czyta się tak dobrze. Przekład bowiem jest kluczowy. Może zabić dobrą książkę, albo sprawić, że książka już i tak świetna w oryginale wydaje się być genialna, dzięki żywemu językowi tłumaczenia. Harry Potter jest książką, która zasługuje na swoją wysoką poczytność. Dobra jest rzecz jasna już w oryginale. Świetnie się jej słucha, gdy czyta Stephen Fry. W związku z tym naturalną rzeczą było sięgnięcie po wersję duńską, głównie w celach językowych. Na czym lepiej szlifować język jak nie na Harrym Potterze? Idealny, obszerny, ciekawy i co nie mniej ważne, ogólnie dostępny materiał językowy. Niestety, nie wiadomo czy to brzmienie duńskiego, czy też przekład zniechęca, wręcz odrzuca. A przecież to Harry! I właśnie dlatego że to Harry, jakoś nie można się przemóc. Nie można pokonać tego wewnętrznego oporu przed czytaniem / słuchaniem Harry’ego po duńsku. To tak jakby zabić ulubioną lekturę. Może nie od razu zabić, ale na pewno zohydzić, obrzydzić sobie. Może to nie jest też ulubiona lektura, ale na pewno lubiana. No dobrze. A co jeśli przekład jest przyzwoity, a książka przeczytana bez zarzutu? Może to tylko odczucie subiektywne, awersja niczym nie uzasadniona?
Idąc dalej tropem przekładu i tłumaczy, ale spoglądając na drugą stronę medalu: parę lat temu pojawił się nowy przekład baśni Hansa Christiana Andersena autorstwa Bogusławy Sochańskiej. Po raz pierwszy bezpośrednio z języka duńskiego. Wcześniej tłumaczono via niemiecki, wśród nich najbardziej znane tłumaczenie Jarosława Iwaszkiewicza. Tłumaczka ma do baśni, jak sama przyznaje, stosunek wręcz bałwochwalczy. Co zaskakujące, jej przekład w porównaniu do poprzednich wydawać się może suchy i ubogi w ozdobniki, gdyż nie wpisuje się w kanon języka, jaki panował w epoce kiedy teksty oryginalne dostosowywano do ówczesnych wymagań estetycznych. Pozbawiony tych wszystkich językowych esów floresów, ale zrozumiały dla współczesnego odbiorcy. Baśnie te są czytelne nie tylko dla dorosłych, którzy może przełknęliby język salonu, ale także dla dzieci, a może przede wszystkim dla nich. Tłumaczka, zanim jeszcze dokonała własnego przekładu, zauważyła, że jej dzieci wolały słuchać opowiadanych przez nią baśni Andersena niż czytanych. Te drugie okazywały się niestrawne, dłużyły się i nudziły dzieciom, ponieważ język zbyt mocno odbiegał od tego, którym posługiwały się na co dzień. Co więcej, różnił się też od prawdziwego języka Andersena. Czy w takim razie język Andersena był ubogi, suchy i nudny? Nie, wręcz przeciwnie! Był barwny, plastyczny, pełen gier słownych i dźwiękonaśladownictwa, ale jednocześnie prosty: nie napuszony i nie górnolotny. Bogusława Sochańska starała się oddać prawdziwy język baśni, dodatkowo poprawiając błędy nie do uniknięcia podczas wcześniejszego tłumaczenia przez język trzeci. Baśnie zostały również wydane jako audiobook. Czyta Jerzy Stuhr.
Wracając do Harry’ego: dlaczego, skoro znawca języka duńskiego potrafi zachwycić się Andersenem, ja nie potrafię zdzierżyć duńskiego Harry’ego? Może nie jestem jeszcze dostatecznie zaawansowana językowo, żeby docenić, czy chociażby dostrzec piękno tego języka? Może zamiast łabędzia wicąż widzę brzydkie kaczątko?

The Ugly Duckling Song.

Video
Facebook