Emigracja. Inspiracja. Motywacja.

Kurki po duńsku

Na grzyby

Wstajemy wcześnie. Jeszcze jest ciemno. To właściwie środek nocy. Za oknem tylko kilka stopni. Ostatni łyk herbaty, ostatni kęs chleba i w drogę. Jedziemy dwie, może trzy godziny. Autobus wypełniony prawie do ostatniego miejsca. Słychać szepty rozmów, ciche pochrapywania. Wschodzi słońce. Stajemy na niewielkim parkingu w lesie. Powoli wychodzimy z autobusu. Rozprostowujemy kości i nabieramy do płuc świeżego powietrza. Dojechaliśmy. Jesteśmy na grzybach.
Tak mniej więcej wyglądał w Polsce początek wyprawy na grzyby. Potem przez kilka godzin chodziliśmy po lesie, zbierając grzyby. Na umówioną godzinę, zazwyczaj 13 lub 14 przychodziliśmy z powrotem na leśny parking. Bardziej doświadczeni grzybiarze sprawdzali zbiory tych początkujących. Ci, którym się poszczęściło dumnie pokazywali swoje, pełne grzybów kosze. Dojadaliśmy kanapki, dopijaliśmy resztki kawy zbożowej z termosów i wracaliśmy. Zmęczeni, ale szczęśliwi.

Svampekursus

Byliśmy ciekawi jak wygląda taka wyprawa w Danii, więc zapisaliśmy się na svampekursus. Opis kursu był następujący:
Dziko rosnące grzyby jadalne – prowadzący kurs (tutaj dane prowadzącego)
Spiżarnia jaką dostarcza nam natura cieszy się coraz większą popularnością.
Każdy z nas słyszał o trujących właściwościach grzybów i dlatego podchodzimy do nich nieufnie.
Na tym jednodniowym kursie zajmiemy się zarówno popularnymi grzybami jadalnymi, jak i tymi trującymi.
Kurs obejmuje wprowadzenie do świata grzybów, wycieczkę do lasu, analizę zebranych grzybów połączoną z przyrządzeniem i degustacją tego co zebraliśmy.
Weź ze sobą: suchy prowiant, napoje, odpowiednie obuwie, koszyk oraz mały nożyk.
Jeśli masz, weź atlas grzybów. Jeśli nie masz to polecam książkę dla początkujących „Politikens Svampebog” Henning’a Knudsen’a.
Transport do lasu własnymi samochodami.
Miejsce spotkania: parking przy szkole (tutaj podany adres szkoły).
Koszt materiałów około 20 koron.
Niedziela, 21 września, godzina 10 – 15.30.
Opłata 310 koron.

Punkt zborny

Zaopatrzyliśmy się we wszystko co potrzeba. Kanapki włożyliśmy do koszyków i we wrześniową niedzielę wyruszyliśmy na grzyby. Tak przynajmniej myśleliśmy. Punkt dziesiąta byliśmy na parkingu. Tam już czekała grupka ludzi. Wymieniliśmy z wszystkimi nadspodziewanie mocne uściski dłoni i czekaliśmy co będzie dalej. Nie zmyliły nas ani te silne uściski dłoni, ani brak koszyków, ani nawet psy w każdym samochodzie. Dopiero gdy głos zabrał lokalny polityk zrozumieliśmy, że jesteśmy w niewłaściwym miejscu. Przy szkole były dwa parkingi, a svampekursus zaczynał się na tym drugim. Poszukiwania drugiego parkingu trwały krótko, ale i tak dotarliśmy spóźnieni. Chociaż teraz nie było wątpliwości. Na środku stał koszyk pełen kurek. To był właściwy kurs. Niestety część wstępna właśnie dobiegała końca, umknęły nam wszystkie informacje początkowe. Dowiedzieliśmy się tylko dokąd jedziemy. Kilku uczestników kursu miało auta na „naszym” parkingu, więc razem pojechaliśmy do podmiejskiego lasku.

Niedzielni grzybiarze

Po kwadransie staliśmy już wśród drzew z koszykami w rękach. Prowadzący kurs oznajmił żeby trzymać się ścieżki i żeby zbierać grzyby jakie tylko chcemy. Ale grzybów było mało, pojedyncze sztuki, więc albo byliśmy w złym miejscu, albo niedziela przed południem nie była dobrą porą na grzybobranie. Po półtorej godzinie wróciliśmy do zaparkowanych samochodów. Wszyscy wyjęli kanapki, usiedli na leśnych ławkach i zaczęli jeść. My, chociaż nie zdążyliśmy jeszcze zgłodnieć, poszliśmy w ich ślady. Po dobrej pół godzinie „niedzielni grzybiarze” wstali z ławek i jeszcze na dwa kwadranse poszli w las. Następnie pojechaliśmy na miejsce piknikowe. Odbyła się tam analiza grzybów, po której zawartości koszyków znacznie się zmniejszyły. To nie miało większego znaczenia ponieważ prowadzący kurs przeznaczył do degustacji własne, przygotowane wcześniej zbiory. Po chwili na trzech stanowiskach były przyrządzane trzy różne grzybowe potrawy. Na rozpalonym ognisku skwierczał boczek z kurkami, na ruszcie podsmażały się koralowate gałęziaki, a na maszynce gazowej bulgotała zupa z borowików. Próbowaliśmy każdej potrawy, a ilości były takie, że z powodzeniem można było napełnić brzuchy.

Prawdziwe grzybobranie

Svampekursus okazał się niedzielną wycieczką do lasu zakończoną piknikiem. W sumie, było bardzo sympatycznie. Chociaż niewiele miało wspólnego z wyjazdami na grzyby, które pamiętam z Polski, więc na prawdziwe grzybobranie pojechaliśmy tydzień później, sami.

kurki po dunksu

Nie tłumaczyłem zwrotu „svampekursus”, ponieważ nie znalazłem polskiego odpowiednika, który w pełni oddawałby to, czym to wydarzenie było. Jeśli ktoś ma pomysł na tłumaczenie, to proszę wpisać w komentarzu.

.

Polecane wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*

Video
Facebook