Emigracja. Inspiracja. Motywacja.

Danish language or ugly duckling

David Snopek, Amerykanin o korzeniach polskich, sam nauczył się polskiego między innymi słuchając i czytając książki po polsku. Na pierwszy ogień poszedł „Harry Potter”. Idealny wybór: książka dobrze napisana zarówno pod względem języka jak i dramaturgii. Jest też świetnie czytana przez Piotra Fronczewskiego, który nie tylko czyta profesjonalnie pod względem lektorskim, ale też po mistrzowsku interpretuje. Ile tam jest humoru, ile serca! Pomimo co mroczniejszych fragmentów, książka nie przytłacza, nie dławi, nie przygnębia. Wręcz przeciwnie, wciąga, bawi, fascynuje i urzeka swoją magią. Na pewno jest to również zasługa tłumacza Andrzeja Polkowskiego, dzięki któremu polski tekst czyta się tak dobrze. Przekład bowiem jest kluczowy. Może zabić dobrą książkę, albo sprawić, że książka już i tak świetna w oryginale wydaje się być genialna, dzięki żywemu językowi tłumaczenia. Harry Potter jest książką, która zasługuje na swoją wysoką poczytność. Dobra jest rzecz jasna już w oryginale. Świetnie się jej słucha, gdy czyta Stephen Fry. W związku z tym naturalną rzeczą było sięgnięcie po wersję duńską, głównie w celach językowych. Na czym lepiej szlifować język jak nie na Harrym Potterze? Idealny, obszerny, ciekawy i co nie mniej ważne, ogólnie dostępny materiał językowy. Niestety, nie wiadomo czy to brzmienie duńskiego, czy też przekład zniechęca, wręcz odrzuca. A przecież to Harry! I właśnie dlatego że to Harry, jakoś nie można się przemóc. Nie można pokonać tego wewnętrznego oporu przed czytaniem / słuchaniem Harry’ego po duńsku. To tak jakby zabić ulubioną lekturę. Może nie od razu zabić, ale na pewno zohydzić, obrzydzić sobie. Może to nie jest też ulubiona lektura, ale na pewno lubiana. No dobrze. A co jeśli przekład jest przyzwoity, a książka przeczytana bez zarzutu? Może to tylko odczucie subiektywne, awersja niczym nie uzasadniona?
Idąc dalej tropem przekładu i tłumaczy, ale spoglądając na drugą stronę medalu: parę lat temu pojawił się nowy przekład baśni Hansa Christiana Andersena autorstwa Bogusławy Sochańskiej. Po raz pierwszy bezpośrednio z języka duńskiego. Wcześniej tłumaczono via niemiecki, wśród nich najbardziej znane tłumaczenie Jarosława Iwaszkiewicza. Tłumaczka ma do baśni, jak sama przyznaje, stosunek wręcz bałwochwalczy. Co zaskakujące, jej przekład w porównaniu do poprzednich wydawać się może suchy i ubogi w ozdobniki, gdyż nie wpisuje się w kanon języka, jaki panował w epoce kiedy teksty oryginalne dostosowywano do ówczesnych wymagań estetycznych. Pozbawiony tych wszystkich językowych esów floresów, ale zrozumiały dla współczesnego odbiorcy. Baśnie te są czytelne nie tylko dla dorosłych, którzy może przełknęliby język salonu, ale także dla dzieci, a może przede wszystkim dla nich. Tłumaczka, zanim jeszcze dokonała własnego przekładu, zauważyła, że jej dzieci wolały słuchać opowiadanych przez nią baśni Andersena niż czytanych. Te drugie okazywały się niestrawne, dłużyły się i nudziły dzieciom, ponieważ język zbyt mocno odbiegał od tego, którym posługiwały się na co dzień. Co więcej, różnił się też od prawdziwego języka Andersena. Czy w takim razie język Andersena był ubogi, suchy i nudny? Nie, wręcz przeciwnie! Był barwny, plastyczny, pełen gier słownych i dźwiękonaśladownictwa, ale jednocześnie prosty: nie napuszony i nie górnolotny. Bogusława Sochańska starała się oddać prawdziwy język baśni, dodatkowo poprawiając błędy nie do uniknięcia podczas wcześniejszego tłumaczenia przez język trzeci. Baśnie zostały również wydane jako audiobook. Czyta Jerzy Stuhr.
Wracając do Harry’ego: dlaczego, skoro znawca języka duńskiego potrafi zachwycić się Andersenem, ja nie potrafię zdzierżyć duńskiego Harry’ego? Może nie jestem jeszcze dostatecznie zaawansowana językowo, żeby docenić, czy chociażby dostrzec piękno tego języka? Może zamiast łabędzia wicąż widzę brzydkie kaczątko?

The Ugly Duckling Song.

Polecane wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*

Video
Facebook