Emigracja. Inspiracja. Motywacja.

e-Migrantka

Jul czyli święta po duńsku

Dawno dawno temu za czasów wikingów, gdy do Danii nie dotarło jeszcze chrześcijaństwo i wierzono w Thora i Odyna, zimą na przełomie grudnia i stycznie obchodzono Jul. Pochodzenie słowa Jul nie jest jasne. Prawdopodobnie wywodzi się od pradawnych określeń grudniowego miesiąca. Niektórzy kojarzą je ze słowem „hjól” oznaczającym „koło”, ze wskazaniem na czas, gdy koło roku znajduje się w najniższym położeniu, gotowe do ponownego wzniesienia się.

Zwycięstwo Światła

Jak wszystkie święta pogańskie Jul łączył się nierozerwalnie z cyklicznymi zjawiskami zachodzącymi w naturze: tym przypadku przesileniem zimowym. Były to obrzędy związane z rozpoczęciem panowania słońca, przybywaniem dnia, powrotu światła, obchody pożegnania ciemności panujących o tej zimnej, surowej porze roku.

Gody wikingów

Na cześć bogów składano ofiary ze zwierząt. Zabijano najlepszego knura i urządzano ucztę, podczas której jedzono mięso zabitego zwierzęcia. Biesiadowano przy suto zastawionych stołach, a co najważniejsze wypijano litry piwa i miodu. Wszystko to oczywiście na cześć bogów w nadziei na zaskarbienie sobie ich przychylności i zapewnienie dobrobytu w nadchodzącym roku.

Po przyjęciu chrześcijaństwa na pogańskie obrzędy nałożyła się historia narodzin Jezusa z Nazaretu, a silnie zakorzeniona tradycja i symbolika świąt Jul splotła się z Uroczystością Narodzenia Pańskiego, ale nazwa została. Duńczycy nie są zbyt religijni i choć dziś kojarzą Jul z Bożym Narodzeniem, to jednak, podobnie do reszty Skandynawów, zachowali nazwę, która nie ma wydźwięku chrześcijańskiego. Czy tylko nazwę?

Jul współcześnie

Dziś święta kojarzą się Duńczykom głównie z miłą atmosferą i dobrą zabawą oznaczającą obfite i smakowite jedzenie i dużą ilość alkoholu. Jak widać pogański rytuał picia pozostał. Najwyraźniej natura wikinga nie jest zbyt skomplikowana i nie wyewoluowała przez wieki. Skandynawska duchowość nie ma nic wspólnego ze wzlotami duszy czy modlitewnym zatopieniem. O tym jak współcześnie wygląda Jul można poczytać na stronie spangshus.dk.

Współczesną duńską mentalność duńską doskonale odzwierciedla natomiast świąteczny satyryczny serial dla dorosłych z 2003 roku: Jul på Vesterbro.


Jul på Vesterbro

Nu’ det jul igen, og hvad rager det mig
Mit liv er i sit efterår og der’ et mavesår på vej
Min guldtand er knækket og så’ det ikke skide skægt
at skide når man har en hæmoride som et hønseæg
Og jeg har liggesår og podegra og nyresvigt
Gule tænder, skrumpelever, hjertefejl og ledgigt
Jeg har et mareridt om min hund Rollo der spø’r
en spillemand om den må få mig med i himlen når den dør
Så hey Lillemor! (gå væk!)
Har du nedtur? (gå væææk!)
Spild af tid, så snup en stesolid
For problemer er der nok af, hvor end man kigger hen
men hvad rager det mig, nu’ det jul igen
Alt kan ske når det er jul
og selvom vores sne er gul
så’ det her (hey) det’ bedst at bo (hoo)
Nu er det jul på Vesterbro
Byen over alle byer
og selvom kærlighed er dyr
så’ det her (hey) det’ bedst at bo (hoo)
Nu er det jul på Vesterbro
(Danny)
Nu’ det jul igen, men det skider jeg da på
Min hue er så snavset at den selv kan gå
Og jeg skylder tusind kroner til en fyr der går med lædervest
min krop er lige så plettet som min straffeattest
Går i fucking joggingsæt og jeg har sår på mine * knoer
når jeg ikke sidder inde bor jeg hos min far og mor
og det er vinter, det forvirrer mig med al det der sne
Forleden dag forsøgte jeg at sniffe Frederiksberg Alle
Så hey moar! (gå væk!)
Har du nedtur? (gå væææk!)
Spild af tid, så snup en stesolid
For det’ et hundeliv at leve som en hund eller al det der
men det skider jeg da på, for nu det’ jul igen
Alt kan ske når det er jul
og selvom vores sne er gul
så’ det her (hey) det’ bedst at bo (hoo)
Nu er det jul på Vesterbro
Byen over alle byer
og selvom kærlighed er dyr
så’ det her (hey) det’ bedst at bo (hoo)
Nu er det jul på Vesterbro
(Arne)
Nu’ det jul igen og til hekkenfeldt med det
Der’ ingen der gider smage på min hagenbutten/pfirsich te
Min 2cv har fået stjålet sine fælge
og Lone skred i går med en fyr der hedder Helge
Så kan man vælge bare at svælge i sorg og være bitter
for der er størknet linsesuppe på min sweater
og jeg knokler for kommunen selvom jeg næsten ingen gage får
det eneste der kører for mig er mit pagehår
Så hey Vivian! (gå væk!)
Har du nedtur? (gå væææk!)
Spild af tid, så snup en stesolid
For det ka’ vær’ herresvært at vær’  socialforvalter, min ven
men til hekken-fucking-feldt med det, for nu’ det jul igen (he he)
Alt kan ske når det er jul
og selvom vores sne er gul
så’ det her (hey) det’ bedst at bo (hoo)
Nu er det jul på Vesterbro
Byen over alle byer
og selvom kærlighed er dyr
så’ det her (hey) det’ bedst at bo (hoo)
Nu er det jul på Vesterbro
Alt kan ske når det er jul
og selvom vores sne er gul
så’ det her (hey) det’ bedst at bo (hoo)
Nu er det jul på Vesterbro
Byen over alle byer
og selvom kærlighed er dyr
så’ det her (hey) det’ bedst at bo (hoo)
Nu er det jul på Vesterbro

Lise Nørgaard – matka Matadora

Za każdym razem, gdy zabieram się za naukę duńskiego, pojawia się nazwisko Lise Nørgaard. Zaczęło się od jednego z najsłynniejszych duńskich seriali: „Matador”. Chyba każdy mieszkający w Danii przynajmniej o nim słyszał, jeśli nie oglądał. Jego pomysłodawczynią i współautorką scenariusza jest właśnie Lise Nørgaard. „Matador” to serial telewizyjny nakręcony w latach 1978 – 1982, emitowany w 24 odcinkach, którego akcja rozgrywa się w latach 1929 – 1947, czyli od Wielkiej Depresji po II wojnę światową w prowincjonalnym, fikcyjnym miasteczku Korsbæk. Opowiada historię dwóch rodzin pokazaną na tle szerokiego spektrum społeczeństwa, jego przemian oraz postaw wobec najtrudniejszych wyzwań. Serial w dużej mierze przyczynił się do budowy świadomości i poczucia tożsamości Duńczyków. Poważna tematyka okraszona jest charakterystycznym ciepłym, nieco absurdalnym humorem, który potrafi rozładować napięcie wynikające z powagi sytuacji. I to właśnie ten humor cechuje Lise Nørgaard.

„Volmer” był kolejną pozycją autorstwa Lise Nørgaard. Wpadł mi w ręce przypadkowo. Koleżanka z pracy przyniosła mi kilka swoich ulubionych książek, żebym przy okazji miłej lektury uczyła się duńskiego. Jedną z nich był właśnie „Volmer – portræt af en samfundssøtte”.
– „Volmera” przeczytaj koniecznie, powiedziała. – Zaśmiewałam się przy nim do łez.
Rzeczywiście, książka o niegrzecznym chłopcu w bardzo zabawny sposób obnaża śmiesznostki prowincjonalnej mentalności międzywojennej społeczności. Jest lekko napisana i zaprawiona dużą dozą ironii. Bardzo sympatyczna lektura.

W końcu postanowiłam dowiedzieć się więcej o Lise Nørgaard. Sięgnęłam po książkę – wywiad: „Fruen kommer i dag” z 2104 roku. Z 97 letnią wówczas Lise Nørgaard rozmawia Cecilie Frøkjær. Po lekturze stwierdzam, że osoby długowieczne zawdzięczają dobry stan zdrowia nie tylko genom, ale ponad wszystko poczuciu humoru i pozytywnemu podejściu do życia. Każdemu w życiu zdarza się popełnić jakieś głupstwa, ale sztuką jest nie rozpamiętywać ich, nie skupiać się na swoich nieszczęściach, nie rozwodzić się nad nimi i nie zatruwać nimi życia sobie i innym. Taka jest Lise Nørgaard.
Może taka już jej natura, a może nauczyła się żyć nie komplikując sobie życia zbędnymi troskami od psów? Psy towarzyszyły jej całe życie. W 1980 roku napisała nawet książkę o psiej tematyce: „En hund i huset”. Jest to książka o jej własnym psie – pudlu królewskim o imieniu Puk i o tym co się działo od momentu decyzji kupna psa, przez pierwszy szczenięcy okres i o tym co wiąże się z decyzją kupna psa: ile radości i kłopotów wnosi do życia pies, jak odpowiedzialna to decyzja, ale też ile daje w zamian bezwarunkowej miłości i szczęścia.
Może Lise Nørgaard cieszy się długim życiem, ponieważ zdrowo się odżywia i unika cukru? Opowiada zabawną anegdotkę o swoich wrażeniach po spróbowaniu po raz pierwszy w życiu coca coli. Było to w latach 30, kiedy cola dopiero co dotarła do Danii i po pierwszym łyku Lise Nørgaard stwierdziła, że nigdy w życiu nie piła nic tak paskudnego. Tak słodka była cola i tak wstrętna wydawała się osobie nieprzyzwyczajonej do cukru.
Uważa też, że najlepszym remedium na pozostanie młodym jest uśmiech, ruch i ciekawość świata. Sama do 60 roku życia uprawiała balet, do dziewięćdziesiątki jeździła na nartach. Do dziś pływa. Młodość nosi wewnątrz. To nie wygląd, ale zainteresowanie sztuką i światem, śledzenie co się dzieje wokół, czytanie dobrych książek, wyjście z przyjaciółmi do teatru lub na koncert. Wszystko to sprawia, że jest się młodym – młodym duchem, że chce się żyć. Trzeba mieć dystans do siebie i świata.
Jak to jest mieć 99 lat? Być mamą, babcią, prababcią. Być osobą znaną i lubianą, twórczynią „Matadora”?

Lise_Nørgaard

Wadden Tide i Blåvand – sztuka na plaży

Zabawna rzecz z tą pogodą. Kto by się spodziewał lata w połowie września? I to w Danii! Ostatni raz takie wysokie temperatury odnotowano tu 17 lat temu. Korzystając z pięknej pogody wybraliśmy się do Blåvand do morskiej latarni. Zamierzaliśmy popływać, pospacerować boso po piasku, nacieszyć się słońcem. Czekała nas nie lada niespodzianka: wystawa Wadden Tide. No tak, przecież we wrześniu co roku na terenie całego Narodowego Parku Morza Wattowego odbywa się Vadehavsfestival. W tym roku prawie byśmy przeoczyli. Na szczęście zdążyliśmy chociaż obejrzeć wystawę w Blåvand. Można ją jeszcze zobaczyć do 2 października.

Artyści z 12 krajów Europy, Ameryki i Azji w naturze – na plaży i wydmach prezentują swoje prace:

Dania: Blåvand Lakolk – konstrukcja inspirowana stylem budownictwa letniskowego na wyspie Rømø w ksztacie pokoiku widokowego wzniesionego na palach

Blåvand Lakolk

Niemcy: Wind Signs – ogromne skrzyżowane ze sobą piszczałki, na których gra wiatr

Holandia: Let’s dance – instalacja z piłek umieszczonych w kulach z metalowych obręczy zainaugurowana przedstawieniem: tańcem w naturze

Wind Signs

Włochy: Images Unable to Reach

Anglia: Living Coastline Wadden Tide – inspirowane celtycką symboliką czasu nawiązanie do idei wiecznej zmiany wybrzeża i potęgi morza

Living Coastline Wadden Tide

Kanada: Twinned Pavilion ma na celu zabawę postrzegania przestrzeni

Francja: Birds – instalacja z białych konewek z daleka do złudzenia przypominających białe mewy, które przysiadły na wydmach

Birds

Japonia: Orizuru in Bottle – żurawie z origami symbolizujące pokój umieszczone w słoikach zebranych przez okolicznych mieszkańców

Indie: Hungry Tide – wizje hybryd zwierząt rozpostarte na barwnych sari symbolizują zmagania z żywiołem i walkę o przetrwanie (w delcie Gangesu i na obszarze Morza Wattowego)

Orizuru in Bottle

USA: Skin to Skin – bunkier w nowej „skórze” przeniesionej wprost z bunkrów w San Fransisco, spotkanie historii z różnych części świata

Hiszpania: Crystal Garden: ogród usiany ogromnymi muszlami wykonanymi z ceramiki

Południowa Korea: Breath – pień okolicznego drzewa przeobrażony w rzeźbę, wznoszącą się nad wydmami i komponującą z krajobrazem

Innowacyjna sztuka współczesna w otoczeniu Morza Wattowego wydobywa niepowtarzalność i zmienność tego obszaru. Sceną jest tu natura, a odbiorcami nie tylko tutejsi mieszkańcy, ale i turyści przybyli z dalekich stron odwiedzający te wyjątkowo piękne okolice.

Więcej zdjęć z wystawy można obejrzeć na stronie JydskeVestkysten. Fotografie zostały zrobione z lotu ptaka i robią ogromne wrażenie.

Leśny plac zabaw na Fanø

Za każdym razem będąc na Fanø odkrywam nowe ciekawe miejsca: Galgerev, gdzie podczas odpływu wypoczywają foki, Sønderho Gamle Fuglekøje, różne malownicze szlaki prowadzące do punktów widokowych takich jak Pælebjerg. Ostatnim odkryciem był Fanø Skovlegeplads.

Leśny plac zabaw nie jest nowoczesnym kolorowym parkiem rozrywki, raczej leśną baśniową krainą, swego rodzaju skansenem usianym drewnianymi rzeźbami i pełnym leśnych duszków. Spotkać tu można trole, sowy, krokodyle, foki, legendarne i historyczne postacie: Hansa Christiana Andersena, Robin Hooda i jego ukochaną Marion oraz baśniowe: Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków przedstawionych w dość niestandardowy sposób. Wszystko to tworzy niepowtarzalny nastrój. Harmonijnie komponuje się w naturalne leśne otoczenie i pomaga pobudzić wyobraźnię i popuścić wodze fantazji. Można też przysiąść lub powspinać się na rzeźby. Nie są to wyłącznie eksponaty do podziwiania. Mają inspirować i zachęcać do zabawy.
Nie tylko rzeźby służą do wspinaczki. Są tu także sękate pnie drzew, drabinki sznurkowe, siatki, ławeczki równoważne, tory przeszkód. Oprócz tego znajdują się też huśtawki, piaskownica, akcesoria do rodzinnych gier. Wszystko wykonane z naturalnych materiałów: drewna i sznurka.
Zmęczone zabawą dzieci znajdą ustronny kącik, gdzie rodzice mogą poczytać baśnie Andersena (w specjalnej drewnianej skrzynce przygotowano segregator z baśniami, zabezpieczonymi przed deszczem foliowymi koszulkami), albo samemu opowiedzieć baśniową historię.
Jak na Danię przystało plac zabaw urządzony jest z pomysłem. Nie zabrakło też dużego parkingu, przyzwoitych toalet oraz przestronnego, zadaszonego miejsca piknikowego, gdzie można rozpalić grill.
Teren placu zabaw nie jest sztucznie ogrodzony. Prowadzą do niego liczne ścieżki, więc wizytę w tym baśniowym miejscu można połączyć z wędrówką po okolicznych lasach i wydmach. Miejsce warte odwiedzenia. Może zaciekawić zarówno dzieci jak i dorosłych.


Fanø Skovlegeplads

Królicza plaga na Fanø

Tegoroczny urlop spędziliśmy na Fanø. Już po sezonie, więc spokój, cisza, sielanka. Rzut kamieniem od cywilizacji i codziennej krzątaniny, wydawać by się mogło, a jednak zupełnie inny świat. Nareszcie upragnione wakacje. Piękna przyroda, wydmy całe we wrzosach, kilometry plaży, no i ptaki oraz zwierzęta: foki, sarny, bażanty, dzikie króliki… No właśnie: gdzie nie spojrzeć – króliki. Można się o nie niemal potykać. Dzieci wniebowzięte. Można się przyjrzeć z bliska tym słodkim stworzonkom, podejść, nakarmić z ręki, a jak się uda nawet pogłaskać. Niesamowita frajda i atrakcja!

Miejscowy

Aż tu nagle taka scenka. Idziemy na spacer do pobliskiego lasku (skovhave). Mija nas mężczyzna na skuterku. Wiezie psa. Pies już sędziwy, więc na spacer do lasku pan wozi go motorynką i dopiero na miejscu zsiadają i trochę spacerują. Już na pierwszy rzut oka widać, że to miejscowy. Strój nie przypomina sportowej odzieży turysty: codzienna koszula, spodnie na szelkach, z nich wystaje wydatny brzuch. Na nogach typowe duńskie chodaki, czy jak się teraz mawia clogsy. Obrzuca nas nieprzyjaznym spojrzeniem. Może nie przepada za turystami? Na drodze siedzi królik. Co robi miejscowy? Zatrzymuje się, chwyta królika za tylne łapy i buch buch: ogłusza królika, uderzając jego głową o pobocze. Śmiertelnie. Po czym wyrzuca go w krzaki i jedzie dalej. Brr! Próbujemy domyślić się powodów takiego zachowania. Może nie lubi szkodników podgryzających mu uprawy? Może nawet podtruwa je jakąś chemią i potem usuwa z drogi, żeby psy się nie struły. Co się okazało?

Kaninpest

Króliki na Fanø chorują na mykomatozę tzw. kaninpest. To prawdziwa epidemia. Zarażony królik po trzech dniach zdycha, a ponieważ króliki żyją w koloniach, choroba przenosi się się błyskawicznie. Szacuje się, że dotknie 24 tysięcy dzikich królików. Ten królik na drodze też pewnie był chory. Taki królik jest niemrawy, osłabiony, ma chore oczy. Miejscowy tylko skrócił jego cierpienie. Szkoda tylko, że jeszcze go nie zakopał, bo martwy królik przyciąga chmary much i innych owadów, które dalej roznoszą chorobę. Mieszkańców wyspy nie wzrusza już widok chorych i martwych królików. To naturalna kolej rzeczy, mówią. Kiedy populacja nadmiernie się rozrasta, natura radzi sobie właśnie w ten sposób. Zaraza dziesiątkuje króliki. Wytrzebi 80%. Zostaną tylko najsilniejsze osobniki z najlepszą pulą genów. Wkrótce się odrodzą. Taki cykl trwa około 5 lat. Ot, taka odnowa biologiczna. Inaczej reagują turyści. Wstrząśnięci informują różnego rodzaju służby, zaniepokojeni losem królików, ale też bezpieczeństwem swoim i swoich psów, których łowcza natura każe polować na króliki. Na szczęście kaninpest nie zagraża zdrowiu ludzi ani innych zwierząt. Tak twierdzą biolodzy. Lepiej jednak zostawić w spokoju chorego króliczka. Zresztą nie o to chodzi by złowić króliczka…


Skaldowie – Króliczek