Emigracja. Inspiracja. Motywacja.

e-Migrant

Ukryte koszta

Według badań z ostatnich lat Polska jest na pierwszym miejscu w Europie pod względem ludzi, którzy wyemigrowali. W 2007 roku wraz z przystąpieniem do układu z Schengen otworzyły się granice. Ruszyła wtedy fala emigracji. Wielu ludzi wyjechało z Polski. Z biegiem lat fala nie opadła, trwa do dzisiaj. Polacy nadal opuszczają swoją ojczyznę.
Ci, którzy zostali, też czasem myślą, żeby spakować walizki i spróbować szczęścia za granicą. Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę z „ukrytych kosztów”, które trzeba zapłacić.
Wyjeżdżając z kraju być może zostawiasz za sobą mnóstwo problemów, ale to w większości problemy finansowe. Będąc na obczyźnie musisz stawić czoła innym trudnościom. Trudnościom, które potrafią złamać niejednego.
Jesteśmy ukształtowani przez rodzinę i środowisko w jakim się wychowaliśmy. W latach dziecinnych nabieramy pewnych nawyków, wzorów zachowania i myślenia. Zbieramy doświadczenie, rozwijamy znajomości. W czasach szkolnych powstaje najwięcej przyjaźni, niektóre z nich trwają przez długie lata. Wyobraźmy sobie, że ktoś nam to wszystko zabiera, że nagle zostajemy rzuceni w jakieś miejsce, którego nie znamy. Ludzie, którzy mieszkają w tym miejscu różnią się od nas. Mówią innym językiem, myślą w inny sposób, maja inny system wartości. Nawet jak już poznamy ten język, to i tak nie rozumiemy tych ludzi i oni nas nie rozumieją. Różnica mentalna jest ogromna. A to dopiero początek. Ludzie, wśród których przyszło ci żyć mogą okazać się niedostępni, zamknięci w sobie, a nawet ksenofobiczni. Zaczynasz tęsknić za rodziną, za przyjaciółmi, za wspólnym wyjściem na piwo. Brakuje ci zwykłej rozmowy, smaku chleba, warzywniaka za rogiem. Rzeczy, które były tak oczywiste, tak proste, że nie zauważałeś ich istnienia – zniknęły. Teraz dopiero zdałeś sobie sprawę jak ważną rolę grały w Twoim życiu. Zostawiłeś wszystko, zostawiłeś swoich bliskich. Skype i komputer nie zastąpi ciepła, które daje drugi człowiek. Tego ciepła brakuje ci najbardziej.
Zanim zdecydujesz się na wyjazd z kraju rozważ wszystkie za i przeciw. Myślisz, że wrócisz i wszystko odzyskasz, że będzie tak jak było przed wyjazdem? Chciałbym żebyś miał rację. Chciałbym, żeby Twoi najbliżsi przetrwali rozłąkę, żeby Twoi przyjaciele nadal mieli czas dla Ciebie i żebyś umiał znaleźć się nowej rzeczywistości, jaką jest powrót do kraju.

e-Migranci.net ukryte koszta.

Praca w sprzątaniu

Jak to z nami jest? Zbijamy kokosy, czy klepiemy biedę? Tak naprawdę to … ale od początku.
Pierwsza praca w Danii to zazwyczaj praca przez firmę pośredniczącą, przez agencje pracy (vikar bureau). To może być polska agencja, duńska agencja, polsko – duńska, duńsko – polska, do wyboru, do koloru. Jest tego tutaj dużo. Wszystkie mają jedną wspólną cechę: dostarczają tanią siłę roboczą na rynek pracy. Tym tańsza jest ta siła robocza im więcej obcokrajowców jest w niej zatrudnionych. Różnica stawki godzinowej między pracownikiem duńskim, a emigrantem to 30-40%. Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości: emigrant dostaje mniej o 30-40%. Ale przecież od czegoś trzeba zacząć. Nie znamy języka, kultury, obyczajów. Musimy zapłacić frycowe!

Wtedy zapada decyzja: będziemy uczyć się języka! Brawo! Tak trzeba!
Państwo duńskie zupełnie za darmo umożliwia naukę duńskiego w szkole językowej (Sprog skole). Kompetencje większości nauczycieli są co najmniej wątpliwe, ale przecież „darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby”. Idziemy do szkoły. Pierwsze zajęcia, pierwsze pytania: „Jak masz na imię? Skąd jesteś? Z Polski? To pracujesz w sprzątaniu. Nie? Nie pracujesz w sprzątaniu? Przecież wszyscy Polacy pracują w sprzątaniu.”
Przeciętny Duńczyk myśli, że każdy Polak pracuje w sprzątaniu, a Polska specjalizuje się w kształceniu kadry sprzątającej.

Chodzimy do szkoły przez 3 lata, zdajemy egzamin końcowy. Tak! Teraz możemy rozwinąć skrzydła! W końcu rozumiemy co jest napisane na odcinku od wypłaty (lønseddel), który agencja pracy przysyła nam co dwa tygodnie. „Zaraz, zaraz… policzyli nam za mało godzin i brakuje dodatku za weekendy”. Sprawdzamy poprzednie odcinki wypłat, okazuje się, że te „pomyłki” to norma. Agencja pracy kroiła nas przez cały czas. Najpierw zaniżając stawkę godzinową, a potem (jakby tego było mało) zaniżając ilość przepracowanych godzin. No tak, ale teraz już znamy język, możemy dochodzić swoich praw. Razem ze „swoimi prawami” dostajemy wypowiedzenie. Co teraz? Trafiamy na zasiłek. Żeby w Danii dostać zasiłek dla bezrobotnych (dagpenge) trzeba być zapisnaym do A-kasse, opłacać składki (między 500 a 700 koron miesięcznie) i w ciągu ostatnich 3 lat przepracować minimum rok na cały etat, wyrabiając 1924 godziny (37 godzin tygodniowo x 52 tygodnie w roku = 1924 godziny). Wysokość zasiłku to … mniej więcej tyle ile zarabialiśmy w agencji pracy.

Można wysunąć z tego następujący wniosek. Będąc na zasiłku mamy taki sam dochód jak pracując 37 godzin w tygodniu, z tą różnicą, że zamiast zapier… „w sprzątaniu” siedzimy w domu i gramy cały dzień w PlayStation!
Odwróćmy teraz pierwszą część tego zdania. Pracując 37 godzin w tygodniu zarabiamy tyle ile wynosi zasiłek.

To jak to z nami jest? Zbijamy kokosy, czy klepiemy biedę? Tak naprawdę to jedno i drugie. Klepiemy biedę bo jesteśmy tutaj „klasą sprzątającą” z najniższym dochodem na poziomie zasiłku dla bezrobotnych. Zbijamy kokosy, bo wysokość zasiłku w Danii to niezła pensja w Polsce.
Pamiętajmy jednak, że jesteśmy w Danii, nie w Polsce. Żyjemy w duńskiej rzeczywistości, nie w polskiej. Przestańmy godzić się na najniższe płace! Zapłaciliśmy już nasze frycowe! Czas zarabiać na duńskich warunkach!

Praca w sprzataniu - e-Migranci.net.

Przychodzi emigrant do lekarza

Przychodzi emigrant do lekarza.
Lekarz pyta: „Co Panu jest?
Emigrant odpowiada: „To mnie boli, tamto boli, gorączka, w ogóle chyba umrę.”
Lekarz bada krótką chwilę, po czym mówi: „Wirus. To wszystko. Żegnam.
Emigrant: „No, ale jak to, jakieś tabletki może mam brać, albo badania zrobić dodatkowe?
Lekarz: „Nie trzeba, samo weszło – samo wyjdzie.

Opieka lekarska

Żart? Nie, tak wygląda standardowa wizyta w duńskim gabinecie lekarskim.
„Wybrałeś życie na emigracji więc musisz być zdrowy” – takie zdanie kiedyś usłyszałem. Okazuje się, że to prawda. „Jak to?” – ktoś zapyta – „To zagranicą nie ma lekarzy? Nie ma opieki lekarskiej?
Są lekarze, jest opieka lekarska. Prawdopodobnie lepsza niż w Polsce, ale jednak jakby czegoś tu brakowało… Może to różnica kulturowa, może bariera związana z językiem, a może kwestie wychowania?

Chcemy lekarstw

Idziemy do lekarza jak do kogoś, kto nam pomoże, kto uratuje nas, bo umieramy (inaczej byśmy przecież do lekarza nie poszli). Chcemy lekarstw, syropów i przede wszystkim informacji co nam dolega. Co słyszymy od lekarza: „Nie mogę pomóc, zostań 2 dni w domu i … nie przychodź do mnie z czymś takim następnym razem”.
Jesteśmy nauczeni, że od lekarza wychodzimy z garścią recept. Nawet jeśli jest na nich napisane ile razy dziennie brać witaminę C i wapno. Tego właśnie chcemy! Dajcie nam pastylki do ssania i powiedzcie, że za 7 dni będziemy zdrowi. Bo przecież tak będzie w większości przypadków.
Nie chcemy słyszeć w gabinecie lekarskim: „Nie wiem co Panu dolega.” Chcemy usłyszeć nazwę choroby, nawet jeśli nic ona nam nie mówi. Chcemy dostać lekarstwa, które (jak wierzymy) pomogą nam uporać się z chorobą.

Samo weszło, samo wyjdzie

W Danii wychodząc z gabinetu czujemy się często zaniedbani. Nadal nie wiemy co nam dolega, nie dostaliśmy lekarstw, wychodzimy z niczym. Nie mamy żadnej informacji o chorobie. Bo w sumie, co za różnica, nasz organizm i tak sobie z nią poradzi, a my po prostu mamy nie przeszkadzać.

Przychodzi emigrant do lekarza

 

.

Jak nas widzą

Dopiero po kilku latach życia za granicą doszło do mnie, że jestem „emigrantem”. Nie wiem, co myślałem wcześniej. Pewnie nic, bo cóż mógłbym myśleć. Owszem, słyszałem o emigrantach, o emigracji, ale jakoś nigdy nie wiązałem tego ze swoją osobą. To ciekawe, bo przecież nie przyjechałem tutaj na chwilę, żeby szybko zarobić i wrócić do kraju. Przyjechałem, żeby tutaj prowadzić normalne życie. Z tego wynika, że od początku byłem emigrantem, chociaż w ogóle nie zdawałem sobie z tego sprawy. Więcej nawet, o emigracji myślałem raczej „oni” niż „my”.

Jak nas widzą ci którzy zostali, a jak ci którzy wyjechali. Oto kilka scenek rodzajowych, wziętych prosto z życia.

Scenka pierwsza: dbaj o zdrowie

Pewnego razu będąc w Warszawie na sympozjum dotyczących zdrowego stylu życia, poznałem bardzo miłą osobę mieszkającą od ponad 20 lat w Kanadzie. Powiedziała mi tak: Skoro wybrałeś życie na emigracji, to musisz dbać o siebie, musisz dbać o swoje zdrowie.”

Scenka druga: biedny milioner

Rzecz się dzieje w fabryce. Spotykam rodaka, człowiek z wyższym wykształceniem, jak to zwykle tutaj bywa, wykonuje najprostszą pracę. Przerwa (bezpłatna) – rozmawiamy i mówi tak: „Polacy w kraju myślą, że jak już jesteś 5 lat za granicą, to jesteś milionerem. Tak naprawdę, to my, pierwsze pokolenie emigrantów to biedota, ludzie najmniej zarabiający.”

Scenka trzecia: przyzwyczajony do pieniędzy

Wizyta w Polsce. Spotykam znajomego. Stała praca, kilka tysięcy na rękę. Kupił ziemię, buduje się. Myśli, żeby wyjechać, bo jak mówi: „Czasami nie starcza mi, żeby uregulować wszystkie opłaty, Ty za granicą to już zapomniałeś jak to jest, już jesteś przyzwyczajony, że masz pieniądze.”

Scenka czwarta: święta w Polsce

Święta w Polsce. Rodzina z tradycjami. Dziadek zdobywał Monte Casino z armią Andersa, pradziadek walczył z bolszewikami w 1920 roku. Siedzimy przy stole i rozmawiamy. Tematem rozmowy jest sytuacja polsko – niemieckich rodzin, zamieszkałych na stałe w Niemczech. Dzieci „mieszanych” rodziców są zmuszane do tego, żeby mówić po niemiecku. Pilnują tego niemieccy urzędnicy, którzy w wielu przypadkach, odbierają dzieci rodzicom, którzy nie przestrzegają tego rozporządzenia. Dziecko ma być niemieckie.
Kolejny poruszany temat to problemy polskich emigrantów, którzy pomimo tego, że nie mieszkają w kraju, chcą zarejestrować nowo narodzone dziecko w Polsce. Państwo i urzędy utrudniają rejestrację dzieci, wymagając coraz to innych absurdalnych dokumentów, aż w końcu rodzice rezygnują i rejestrują dziecko za granicą.
Tutaj następuje chwila ciszy, którą przerywam mówiąc: „Życie na emigracji nie jest łatwe.”

Zielona wyspa

Wielu Polaków wyjechało i wyjeżdża nadal. Na mapce można zobaczyć, gdzie jest nas najwięcej.
Polska na zielono. Nie dajmy się nabrać, to nie jest ta obiecywana „zielona wyspa”, jeśli nadal będziemy wyjeżdżać to będzie wyspa bezludna.

Polacy na emigracji mapa

.