Emigracja. Inspiracja. Motywacja.

Monthly Archives: Czerwiec 2016

Kupalnocka – gawęda na Noc Kupały

Jak Malinka z Jagódką obchodziły Kupalnockę

Była raz sobie pewna rezolutna dziewczynka o imieniu Malwinka. Miała trzynaście lat. Właśnie skończyła szóstą klasę i jak co roku spędzała wakacje u cioci. Malwinka była bladą, piegowatą dziewczynką o wielkich zielonych oczach, słomianych włosach i malinowych usteczkach. Pewnie dlatego wszyscy w rodzinie zgodnie nazywali ją Malinką. Była do tego niesamowicie zdolna. Nauka przychodziła jej bez trudu i wszystko chwytała w lot. Ponieważ jednak była taka blada i do tego niemiłosiernie chuda – miała rączki i nóżki długie i chude jak patyczki i cała wyglądała jak patyczak – rodzice co roku wysyłali ją na całe wakacje do cioci Augustyny. Miała tam zażyć zdrowego wiejskiego powietrza oraz nabrać ciała i rumieńców po całym roku szkolnym, jaki Malinka spędzała z nosem utkwionym w książkach i oczami wlepionymi w ekran komputera.

Ciocia Augustyna mieszkała w leśnej głuszy w małym domku zwanym gajówką pośród Puszczy Augustowskiej, gdzie sprawowała niepodzielne rządy niczym cesarz August. Ciocia Augustyna miała męża – wuja Bogumiła, który odznaczał się wielką pogodą ducha, ogromnym poczuciem humoru i umiejętnością schodzenia z drogi energicznej i stanowczej cioci. Zresztą wuj Bogumił rzadko wchodził w paradę cioci Augustynie, a to dlatego że nie przebywał w domu zbyt często. Większość czasu spędzał bowiem na obserwacji dzikich ptaków i zwierząt i fotografowaniu ich ze swoich tajemnych kryjówek. A gdy już bywał w domu, zaszywał się w swojej pracowni i malował. Był to człowiek obdarzony ogromnym talentem, spokojem i anielską cierpliwością. Kochał wszystkie stworzenia małe i duże i wszystkie stworzenia kochały jego.

W Augustowskiej gajówce czas płynął inaczej niż w mieście. Nie tylko wolniej, ale zupełnie inaczej. Czas wyznaczały pory dnia i roku, rytm przyrody i prawa natury. Zapominało się co to pośpiech. Nikt nie gonił za postępem. Telefon lądował na dnie szuflady. Malince wydawało się, że czas od stuleci stoi w miejscu w tym zaczarowanym świecie, zamieszkanym dawniej przez plemiona Bałtów czczących księżyc i gwiazdy, gromy i błyskawice, wodę i ogień, w świecie gdzie tyle się działo. Każdego dnia czekały Malinkę nowe przygody. Nieodłączną towarzyszką tych przygód była Jagódka – kuzynka Malinki i córka cioci Augusi i wujcia Bogusia. Dziewczynki bardzo się zżyły. Były jak papużki nierozłączki. Zawsze i wszędzie razem. Tam gdzie była Jagódka, była i Malinka. Tam gdzie Malinka, wiadomo było, że jest i Jagódka. Gdy ciocia wołała dziewczynki zamiast: Malinka! Jagódka! wołała: MaJa! Tak było krócej i łatwiej dla energicznej i praktycznej cioci.

Dziewczynki były rówieśniczkami. W przeciwieństwie do starszej o pół roku Malinki, Jagódka przez cały rok wyglądała zdrowo. Była zwinna jak sarna, szybka jak ryś i wiecznie rozczochrana jak strach na wróble. Ciemne niesforne pukle wiązała w kucyk, chcąc je nieco poskromić, lecz już po chwili nieujarzmione kosmyki zaczynały żyć swoim życiem. Kolana i łokcie miała całe w siniakach, a z jej spalonej słońcem i ogorzałej od wiatru buzi nie schodził szelmowski uśmiech, Ta łobuzerska mina zdradzała, że w jej pełnej fantazji główce nieustanne rodzą się szalone pomysły.
Jak przystało na mieszkankę lasu dobrze znała jego tajemnice. Wiedziała gdzie rosną jagody, jeżyny i grzyby i zioła. Umiała nazwać wszystkie rośliny, ptaki i zwierzęta. Wiedziała gdzie kryją się poszczególni mieszkańcy lasu i potrafiła rozpoznać ich obecność po odgłosach i śladach, jakie za sobą zostawiali. Wiedziała to wszystko i o wiele więcej. Dla Malinki była prawdziwą Wiedźmą. Może dlatego właśnie czasem nazywała Jagódkę Jagą. Jagódka nic sobie z tego nie robiła. Kto by zaprzątał sobie głowę takimi głupstwami, kiedy wokół tyle ciekawych rzeczy. Sama nazywała Malinkę Inką. Jaga i Inka były bardzo ze sobą związane i gotowe wskoczyć w ogień jedna za drugą.

Właśnie nadchodziła najkrótsza noc w roku – noc Kupały. Wprost nie mogły sie jej doczekać. Od świtu zbierały zioła do wianków: bylicę, szałwię, rutę, dziewannę, rosiczkę, rumianek, dziurawiec, łopian i dziki bez. Wszystkie miały działanie oczyszczające i ochronne. Odpędzały złe moce i wzmacniały ciało. Miały symbolizować młodość i niewinność. W wiankach wskakiwały do rzeki. Po raz pierwszy w tym roku zażywały odświeżającej kąpieli. Później pomagały w przygotowaniu ogniska na wieczór i gdzie tylko mogły rozsiewały zapach ziół. Nie tylko zapach. W każdą wolną szczelinę utykały wonne zioła. Jeden z wieńców powiesiły na drzwiach wejściowych. Innymi zielnymi bukietami przyozdobiły okna, stoły, szafy i komody. Wszędzie pachniało łąką. Wreszcie nadszedł wieczór i długo wyczekiwana noc. Po tańcach i brawurowych skokach przez ogień padły znużone i zaczęły przysłuchiwać się rozmowom prowadzonym przez resztę rodziny. Ciocię Augustynę ogarnął romantyczny nastrój i zaczęła deklamować Świteziankę. Zrobiło się bardzo tajemniczo. Wszyscy popadli w zadumę nad losem dziewczyny niosącej kosz malin i młodzieńca wplatającego kwiaty w wianek ukochanej. Piękni i młodzi w świetle księżyca nad wodami sinej Świtezi. Wtem wuj Bogumił przerwał ciszę i tubalnym głosem zaczął balladę litewską o trzech Budrysach:

Stary Budrys trzech synów, tęgich jak sam Litwinów,
Na dziedziniec przyzywa i rzecze:
„Wyprowadźcie rumaki i narządźcie kulbaki,
A wyostrzcie i groty, i miecze.”

Na to wszystko odezwał się Ziemowit, starszy brat Jagódki. – A gdy już mowa o trzech Budrysach, czy opowiadałem wam o moich puchaczach?
Ziemowit był osiem lat starszy od Malinki i Jagódki. Podobnie jak wuj Bogumił był zapalonym przyrodnikiem i wytrawnym obserwatorem przyrody. Zapuszczał się w niedostępne knieje i nieprzebyte ostępy puszczy i spędzał tam całe dnie podglądając przyrodę. Ostatnio wytropił gniazdo puchaczy. Miał niebywałą okazję obserwować przyjście na świat małych puchaczątek. Gniazdo wykrył już w zeszłym roku i skrzętnie przygotował się do tegorocznego lęgu. Jego kryjówkę tworzyła mała zadaszona i dobrze zamaskowana budka. Dla Ziemowita było to najwspanialsze miejsce na ziemi. Był wniebowzięty mogąc z tak bliska patrzeć w oczy puchaczowi. I to nie jednemu. Spędzał tam długie godziny siedząc bez ruchu, a gdy w końcu musiał opuścić swój punkt obserwacyjny, przychodziło mu to z ogromnym trudem. Ścierpnięty i zmarznięty gramolił się powoli, by nie spłoszyć puchaczy. Porzucenie przez rodziców oznaczałoby skazanie maluchy na niechybną śmierć. Musiał być zatem bardzo ostrożny. Teraz opowiadał z wielkim przejęciem:

– Siedzę sobie w moich chaszczach cichutko jak mysz pod miotłą, patrzę i oczom nie wierzę. Trzy! Wyobrażacie sobie? Trzy jaja zniosła! Myślę sobie: to jeszcze nic nie znaczy. Nie wiadomo czy wszystkie się wyklują, ale wykluły się wszystkie trzy! Nie wszystkie od razu, bo z dwudniowymi przerwami, ale wszystkie! Puchate, małe takie, nieporadne brzydactwa, ale jakie piękne! Z każdym dniem coraz głośniej domagały się jedzenia. Żarłoki jedne! Rodzice nieźle musieli się nalatać, żeby je wszystkie wykarmić. Czego tam w gnieździe nie było: nornice, karczowniki i inne gryzonie, jeże, różne ptactwo, nawet sowy! Znaczy inne gatunki sów, mniejsze niż puchacze. No nie był to zbyt zachwycający widok, muszę przyznać. A one tylko jadły i spały. No i rosły. Coraz bardziej przypominały sowy, kiedy zaczynały im rosnąć pióra. Śmieszne były. Pocieszne takie. Kręciły głowami jak oszalałe. Machały skrzydłami, przepychały się i wyczyniały różne fikołki i wygibasy. Zwłaszcza jak ich matka przylatywała z kolejnym posiłkiem. Myślałem, że umrę ze śmiechu. Potem jednak nie było mi już do śmiechu. Okazało się, że nie dość często przylatywała. Były po prostu głodne i każdy chciał pierwszy dopaść zdobycz. Wiadomo: kto pierwszy ten lepszy. W końcu jeden osłabł tak bardzo, że pozostałe zadziobały go i zjadły. I kto by pomyślał, że z moich trzech Budrysów zostanie tylko dwóch? W tej chwili gdzieś w oddali odezwał się puchacz pohukując złowieszczo, jakby na potwierdzenie tej mrożącej krew w żyłach historii.

– Brr! To straszne, wzdrygnęła się Jagódka. – Biedactwo! Jak mogły zjeść rodzonego brata, albo siostrę? No powiedz Wiciu, czy ty zjadłbyś mnie na kolację, jakbyś był głodny?

– Nie skądże, roześmiał się Ziemowit. – Jesteś zbyt żylasta. Po za tym bałbym się, że w odwecie stanęłabyś mi kością w gardle i zadławiłbym się na śmierć.

– To się nazywa kanibalizm, skomentowała rezolutna Malinka. – Okropieństwo!

– To tak jak z naszymi bocianami, włączył się do rozmowy wuj Bogumił. Z czterech młodych zostały tylko dwa. Tym razem jednak to nie rodzeństwu przypadła rola czarnego charakteru a ojcu. W naturze takie rzeczy są całkiem normalne. Tylko najsilniejsze osobniki mogą przetrwać. I nie Jagódko, na pewno nie zjadłbym cię na obiad. Jesteś moją ukochaną córeczką i nikomu nie pozwoliłbym cię skrzywdzić. Broniłbym cię z narażeniem życia do ostatniej kropli krwi.

– Kainizm!, wykrzyknęła milcząca do tej pory ciocia Augustyna – Wiedziałam, że to ma jakąś naukową nazwę, tylko nie mogłam sobie przypomnieć. Gdy brat zabija brata. Jak w Biblii: Kain zabił Abla. Stąd ta nazwa. Nieszczęsny puchacz to odpowiednik Abla, tylko że Kainów było dwóch. Ale dosyć już tych historii, bo dziewczynkom przyśnią się koszmary.

– Nie przyśnią, zgodnie odpowiedziały dziewczynki.

– Na dziś już starczy wrażeń, ucięła ciocia Augustyna. – Lato dopiero się zaczęło. Kiedyś jeszcze powtórzymy palinockę, obiecała, po czym rzuciła zioła na rozżarzone węgle i zaśpiewała:

Niech ruta w ogniu trzeszczy,
Czarownica z złości wrzeszczy.
Niech bylicy gałąź pęka,
Czarownica próżno stęka.

Po całej okolicy rozchodził się zapach ziół, z lasu dobiegały głosy nocnych duchów, a w uszach pobrzmiewały echa piosenki…


Sati Sauri „Wianeczek-Noc Kupały”

Nie chcę do Afryki czyli o bocianach w Danii

Latem nie chcę do Afryki. Latem ciągnie mnie do Polski. Tęsknię za krystalicznie czystymi jeziorami i widokiem bocianów. Naszych poczciwych polskich bocianów, swojskich boćków, Wojtków kochanych. Zobaczyć je w gniazdach i na sejmikach. Kiedyś na widok wielu wspólnie biesiadujących bocianów z zachwytu wyrwał mi się okrzyk: „O! Bociany!” Na co mała dziewczynka znajdująca się tuż obok odparła: „No to co? Co się dziwisz? Bocianów nie widziałaś?” Szczęściara! Widuje bociany każdego lata. Nie jak duńskie dzieci. W Danii są zaledwie dwie pary bocianów.

Wielki sukces lęgowy Emila i Idy

Emil i Ida to bociany reintrodukowane i stacjonarne, czyli takie które w 2003 roku zostały sprowadzone do Danii i nie odlatują na zimę do Afryki. Mieszkają na Zelandii w Gunsølille. W tym roku dochowały się aż czwórki potomstwa: trzy dziewczynki i jednego chłopaka. To wielki sukces! Wszystkie bocianiątka zostały już zaobrączkowane i zapewne odlecą do ciepłych krajów, gdy przyjdzie na nie czas.

Sensacje z bocianiego gniazda Tommy’ego i Anniki

Druga para to Tommy i Annika. (Duńskie bociany noszą imiona bohaterów książek Astrid Lindgren.) Gniazdują na południu Jutlandii w Smedager i można je oglądać na żywo na stronie: http://www.tvsyd.dk/natur.  Wszyscy miłośnicy bocianów co roku śledzą ich losy z zapartym tchem. W zeszłym roku działy się rzeczy mrożące krew w żyłach. Tommy wyrzucił z gniazda jedno ze swoich dzieci, a drugiego słabeusza zjadł. Takie zachowanie jest zupełnie naturalne i służy zwiększeniu szansy na przeżycie pozostałych piskląt, gdy ilość pokarmu jest niewystarczająca dla odchowania całego lęgu. Wszystkie te makabryczne sceny oczywiście zarejestrowały kamery. Tego roku ornitolodzy liczyli na czwórkę potomstwa. Niestety jeden z wyklutych młodych okazał sie za słaby. Z dużym opóźnieniem wykluł się ostatni maluszek, więc w gnieździe są teraz trzy młode. Wszyscy trzymają za nie kciuki, zwłaszcza za spóźnionego oseska. Szanse na przeżycie ma niewielkie, ponieważ sucha i intensywnie uprawiana okolica nie obfituje w bocianie jadło i chociaż bociany są systematycznie dokarmiane, nie mają optymalnych warunków lęgowych. Dobrze czują się na otwartych łąkach, zwłaszcza na podmokłych lub okresowo zalewanych terenach trawiastych. Takich warunków brakuje w Danii. Mokradła osuszono i zabrakło dogodnych miejsc żerowania.

Bociani uchodźcy i emigranci

W połowie XIX wieku w Danii populacja bocianów wynosiła 10 tysięcy par lęgowych, ale na skutek osuszania terenów podmokłych liczba bocianów zaczęła spadać w zatrważającym tempie. Na początku XX wieku wynosiła 4 tysiące, a w roku 2000 nie było już ani jednej pary lęgowej. Towarzystwo ochrony i reintrodukcji bociana białego storkene.dk podejmuje próby przywrócenia tych  wspaniałych ptaków, które były niegdyś tak liczne, że uchodziły za symbol Danii.

Przygód kilka wróbla Ćwirka odc 23 Nie chce do Afryki

Leśne przedszkola w Danii

Spacerując z psem mam okazję widywać grupę dzieci bawiących się wśród kępy drzew i krzewów. Przychodzą z opiekunami na łąkę przy pastwisku, by tam spędzić część dnia, pobiegać, powspinać się i wyhasać. Widać, że dzieci nie są puszczone samopas, że słuchają opiekunów. Czasami siedzą w kółeczku i pewnie słuchają, co mówią ich panie. Może wtedy jest czas na drugie śniadanie, albo po prostu pani opowiada o czymś ciekawym i wszystkie dzieci słuchają w skupieniu. Dzieci w duńskich przedszkolach spędzają dużo czasu na świeżym powietrzu. Tak jest w każdym przedszkolu, ale oprócz zwykłych przedszkoli istnieją w Danii skovbørnehaver czyli leśne przedszkola.

Zalety wychowania w lesie

Przedszkolaki zakwalifikowane do takich grup, każdego rana dowożone są do bazy leśnej i tam spędzają cały dzień: w lesie, na plaży, na łące, nad strumieniem lub stawem, różnie. W bezpośrednim kontakcie z przyrodą poznają rośliny, owady, ptaki, zwierzęta. Szukają skarbów, albo żywych stworzeń takich jak stonogi, kijanki i dowiadują się o ich zachowaniach i naturalnym środowisku. Czasami mogą jakieś żyjątko, albo inne znalezisko wziąć do pudełka i potem studiować pod mikroskopem. Dzieci chodzą do leśnych przedszkoli niezależnie od pory roku (także zimą) i bez względu na pogodę, dzięki temu nabywają kondycji i hartują się podczas codziennych spacerów, wspinania się na drzewa i innych form aktywności fizycznej. Oprócz zdrowotnych odnoszą też wiele innych korzyści. Stają się nie tylko bardziej kreatywne, ale też bardziej samodzielne i pewne siebie. Poznają życie w naturalny sposób i potrafią patrzeć na nie przez pryzmat przyrody. Widząc martwą myszkę zastanawiają się na przykład dlaczego nie żyje, co się z nią stało. Dowiadując się o prawach przyrody stają się bardziej spostrzegawcze i ciekawe świata. Z jednej strony dzieci mają dużo ruchu i większą wolność, mogą więc rozładować nadmiar energii. Z drugiej strony natura wycisza i uspokaja. W małych kilkunastoosobowych grupach nawiązują się więzi i przyjaźnie. Dzieci uczestnicząc we wspólnych niesamowitych przygodach rozwijają się emocjonalnie i społecznie. Czują się doceniane i traktowane poważnie. Uczą się uważać nie tylko na siebie, ale też na innych. Uczą się nie tylko współpracy i współczucia, ale także równowagi i koordynacji. Pedagodzy zauważają wiele pozytywów leśnych przedszkoli i ich dobroczynny wpływ na rozwój dzieci. Nawet zalecają je dzieciom z trudnościami motorycznymi, społeczno-emocjonalnymi i dzieciom ze środowisk wielojęzycznych, których rodzice są innego pochodzenia niż duńskie. Zresztą któż by nie chciał w ten sposób spędzać dzieciństwa? Bawić się w lesie czy to słońce, deszcz, czy wiatr, zamiast grzecznie siedzieć w przedszkolnych murach nad kolorowanką lub kreślić szlaczki?

Zimny chów

Choć nie każdy rodzic odważyłby się oddać dziecko do duńskiego leśnego przedszkola, popularność tego typu oferty rośnie. Obecnie 10 procent przedszkoli w Danii to leśne przedszkola. Nie tylko w Skandynawii pomysł wychowywania dzieci w lesie cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Z całego świata do Danii przyjeżdżają zainteresowani, uczyć się jak to działa. Tutejsze metody raczej nie mogą być ślepo naśladowane w innych krajach ze względu na różnice kulturowe, społeczne i środowiskowe. Skandynawia znana jest z zimnego chowu. Dzieci mają prawo dobrze się bawić. Mogą zmoknąć, pobrudzić się. Nikt się tym nie przejmuje. Tu dorośli nie obawiają się tak bardzo o bezpieczeństwo dzieci. Nikt nie chucha i dmucha na dzieci. Dzieci uczą się, jak dbać o siebie i innych bez stresu, że przyjdzie dorosły i nakrzyczy. Opiekunowie ufają dzieciom. Spokojnie tłumaczą im rzeczy, objaśniają, pomagają, kiedy trzeba. W zamian dzieci ufają swoim opiekunom i kiedy potrzebują pomocy chętnie o nią proszą. Dzieciom pozwala się na więcej, kiedy wiadomo, że są uważne, że znają granice i ich nie przekraczają.  Wtedy dziecko może nawet wspiąć się na czubek drzewa i nic złego się nie dzieje.


Kids Gone Wild: Denmark’s Forest Kindergartens

Video
Facebook