Emigracja. Inspiracja. Motywacja.

Monthly Archives: Maj 2016

Masakra na Mandø czyli o regulacji liczebności populacji bernikli białolicej

Duńska wyspa Mandø od lat była oazą ptaków wędrownych i corocznie składających tu lęgi ptaków wodnych. Była. Dziś w sezonie lęgowym myśliwi odstrzeliwują bernikle białolice, zakłócając spokój innym ptakom, takim jak rycykom, objętych ścisłą ochroną gatunkową. Ornitolodzy biją na alarm: Odstrzał bernikli w żadnym wypadku nie powinien mieć miejsca w sezonie lęgowym, a już na pewno nie powinno dochodzić do takich karalnych incydentów na terenach chronionych i uznanych za obszar dziedzictwa światowego Natura 2000.

Mandø jest miejscem wyjątkowym. Ze względu na położenie jest idealnym miejscem lęgowym dla wielu rzadkich zagrożonych wyginięciem gatunków ptaków lęgowych. Można spotkać tu oprócz rycyków także liczne ostrygojady, szablodzioby, błotniaki stawowe, krwawodzioby, czajki oraz wiele ptaków wędrownych na przykład: biegusy, szlamniki, kuliki wielkie. Raj dla ptaków wodnych i zainteresowanych nimi osób. Dojazd do wyspy możliwy jest tylko podczas odpływu, więc aby się tam dostać, należy wcześniej sprawdzić stan wody. Zdarzały się już przypadki, kiedy turystów odciętych przez morze musieli ratować miejscowi traktorzyści.

Bernikla białolica to gatunek dużego tundrowego ptaka wodnego z rodziny kaczkowatych. W Europie jest stosunkowo nowym i szybko powiększającym liczebność gatunkiem lęgowym. W Danii pierwszą parę lęgową odnotowano w 1992 roku. Obecnie stan populacji szacuje się na około 4 tysiące par. Bernikla żywi się trawami i zbożami. Szkody jakie wyrządza w duńskich uprawach są tak znaczne, że w grudniu 2015 roku ówczesna minister środowiska przedłużyła okres tak zwanej regulacji liczebności populacji. Kontrowersyjna decyzja uszczęśliwiła rolników i myśliwych, ale wzbudziła ostry sprzeciw ornitologów ze względu na inne zagrożone ptaki. Tym bardziej, że myśliwi łamią prawo i przekraczają dozwolone limity. Wykroczenia zostały zgłoszone na policję i postawiono zarzuty nielegalnego odstrzału ptaków trzem pierwszym osobom. Ma to na celu ochronę ptaków i ukrócenie niekontrolowanych i bezkarnych przypadków polowania.


Bramgås besøger Danmark i titusindvis

Nie ma jak u mamy

Polakowi mieszkającemu w Danii doskwiera wiele rzeczy. Jedną z nich jest nudne, monotonne duńskie jedzenie.
Polak tęskni za prawdziwą polską żywnością, za polskimi smakami: za polskim chlebem, polską kiełbasą, polskim piwem… lista produktów, za którymi tęskni Polak jest bardzo długa.
Do tego dochodzą smaki zapamiętane z dzieciństwa. Pierogi, które robiła mama, placek drożdżowy, sernik…
Każdy uważa, że to właśnie jego mama robiła najlepsze ciasta, dania, potrawy. Tych rzeczy brakuje, za tymi rzeczami się tęskni.
Na szczęście pojawiają się w Danii polskie sklepy. Dostarczają nam polskie produkty, nawet obwoźnie, tak jak w przypadku Babuni, która dociera tam, gdzie polskich produktów brakuje najbardziej.
To dzięki takiej polskiej działalności możemy znowu posmakować polskich specjałów i kto wie… może poczuć się przez chwile jak w domu, u mamy.

Mojn – obciach czy chluba południa Jutlandii?

Telewizja duńska transmitowała niedawno film „Frygtelig Lykkelig” („Strasznie szczęśliwi”).
Rzecz rozgrywa się w południowej Jutlandii, do której jak na zesłanie trafia młody kopenhaski policjant. Komisarz odwożąc głównego bohatera, mówi mu na pocieszenie, że nie zabawi tutaj długo, chyba że mu się spodoba, a na pożegnanie mówi „mojn” i wyjaśnia, że tak się tu mawia. Oznacza to zarówno do widzenia jak i dzień dobry. Obsypany nagrodami film: „Frygtelig Lykkelig” z 2008 roku ukazuje słowo „mojn” jako regionalizm, który daje poczucie przynależności do konkretnej społeczności, poczucie wspólnoty i tożsamości mieszkańców południowej Jutlandii. Skąd się wzięło?

Germańskie korzenie

„Mojn” jest prawdopodobnie skróconą formą „Morgen”, używanego przez Niemców jako dzień dobry, a w okolicach Berlina i Brandenburgii wypowiadanego: „Morjen”. Na początku XX wieku „mojn” dotarło do Danii wraz z rzemieślnikami, handlarzami i żołnierzami, których słownictwo podczas pobytu w Niemczech nabrało niemieckich naleciałości. Z czasem to krótkie powitanie przyjęło się na południu Jutlandii, choć nie wszyscy chętnie je przyjęli.

Mojn er forbojn

Początkowo wielu Duńczyków tępiło germanizm i próbowało wykorzenić go z duńskiej mowy zgodnie z ideą: nie będzie Niemiec dzieci nam germanił. To głównie dzieci szybko chłoną nowinki językowe i w lot podchwytują poręczne gwarowe wyrażenia. Tak było i z „mojn”. W niektórych domach w pierwszej połowie XX wieku „mojn” było zakazane. Odsyłano dzieci do kąta lub kazano myć buzię za wypowiedzenie nieczystego słowa. Dopiero w latach siedemdziesiątych „mojn” zyskało powszechną akceptację, kiedy zostało wykorzystane w sloganie promującym Sønderborg: »Mojn – vi ses i Sønderborg«.

Kultowe czy kompromitujące „mojn”?

Do dziś w zależności od części regionu używa się „mojn” w różnych znaczeniach, kontekstach i z rozmaitym nastawieniem. W niektórych miejscach mówi się „mojn” głównie na powitanie lub w przelocie, w innych tylko na pożegnanie. Gdzieniegdzie jest uniwersalne. Bywa różnie. Indywidualne jest też podejście do „mojn”. Niektórzy są z niego dumni. Daje im poczucie wyjątkowości. Uważają, że mieszkańców południowej Jutlandii wyróżnia takie swoiste powitanie i że można się nim szczycić. Inni unikają stosowania go jak ognia, twierdząc, że jest prowincjonalne i używane tylko przez ludzi, którym słoma z butów wystaje. Po filmie: „Strasznie szczęśliwi” mam raczej mieszane uczucia co do togo słowa. Film polecam.


Frygtelig lykkelig (2008)

O stosunku duńskiego społeczeństwa do policji

Duńczyk policję kocha i szanuje. Mało tego, wierzy w jej skuteczność i sens wykonywanych działań. Odwrotnie do Polaka, który wie, że policjant nie jest żadnym stróżem prawa, ale wrogim elementem na służbie zdeprawowanych władz państwowych lub innej złej siły. Duńczyk gdy czuje, że coś odbiega od jego utartego schematu myślenia, że coś mu się nie zgadza, coś nie idzie zwykłym torem, bezzwłocznie dzwoni po policję. Wszelkie niestandardowe zachowania mu podpadają i należy je czym prędzej zgłosić policji. Oto przykłady:

Przykład pierwszy: na autostradzie

Jedziemy samochodem. Prowadzi osoba, która wsiadła za kółko po raz pierwszy po kilkuletniej przerwie. Jedzie trochę niepewnie. Wiadomo: wyszła z wprawy, ale jedzie przepisowo. Nie ma mowy o żadnym wykroczeniu czy utrudnianiu ruchu. Jest weekend. Mały ruch na drodze. Mija nas jeden samochód. Miny siedzących w środku Duńczyków nie wróżą nic dobrego. Na twarzach maluje się wyraz dezaprobaty. Pasażerka sięga po telefon. Po paru minutach nadjeżdża radiowóz. Zatrzymuje nas policja. Wypytują: „Czyj to samochód? Co robimy w Danii?” itp. itd.

Przykład drugi: na spacerze

Korzystając z pięknej pogody wybraliśmy się na przechadzkę. Jako miłośnicy przyrody wyposażeni jesteśmy w lornetkę i aparat fotograficzny. Postanowiliśmy pójść na skróty przez osiedle domków jednorodzinnych. Podziwiamy zadbane trawniczki przed posesjami. Słoneczko świeci. Jest pięknie. Istna sielanka. Ni stąd, ni zowąd nadjeżdża policja. Odsuwamy się, żeby ułatwić im przejazd. Okazuje się jednak, że oni do nas. Ktoś zgłosił, że podejrzane osoby kręcą się wokół domostw. Na pewno złodzieje czy też inni kryminaliści. Policjanci wczuli się w rolę. Prowadzą przesłuchanie każdego z osobna. Jeden: „Pokaż zdjęcia.” (Na zdjęciach sama przyroda – płatki kwiecia w dużym powiększeniu, źdźbła traw i te sprawy.) Drugi policjant: „Co masz w torebce? Pokaż. Gdzie masz aparat? Jak to nie masz? Przecież widzę, że coś tam niesiesz. Jak to tylko lornetka? Co tu robisz? Jak to oglądasz ptaszki? Ale co robisz w Danii?” I cały czas tylko po angielsku. Tłumaczę jak krowie na rowie, że mówię po duńsku, ale nie, twardo po angielsku. Przecież nie jestem Dunką. Pochodzę z Europy wschodniej, a wiadomo, że tacy tylko przyjeżdżają do Danii, żeby kraść. Przechodzi sąsiad – Duńczyk. Wtrąca się i mówi: „Przecież oni tu mieszkają. To dobrzy sąsiedzi.” Ale nie. Policja wie lepiej. Słyszeli przecież, że powstała nowa strona internetowa: zadenuncjuj Wschodnioeuropejczyka (www.meldenøsteuropæer.dk). Było zgłoszenie. Nie mogą bagatelizować takich rzeczy.

Przykład trzeci: w pociągu

O przykładzie trzecim można przeczytać we wpisie: Przypadkowy terrorysta.

Przeciętny Duńczyk jest praworządny. Sam przestrzega prawa i nie może patrzeć przez palce, gdy łamią je inne osoby. Chce się czuć bezpiecznie, wykazuje czynną postawę obywatelską i nie przechodzi obojętnie wobec naruszania przepisów i zasad, także tych niepisanych. W Danii można na przykład anonimowo zgłosić dokonanie przestępstwa podatkowego na stronie urzędu skarbowego. Jeśli Duńczyk podejrzewa sąsiada o pracę na czarno lub nielegalne pobieranie świadczeń socjalnych, natychmiast zgłasza to odpowiednim organom. A policję? Policję lubi i szanuje. Policjantów się nie boi. To są przecież jego przyjaciele.

Kochana policja gwarantem bezpieczeństwa

Wzajemne stosunki Duńczyków i duńskich policjantów ilustruje takie oto zdarzenie. Kilka lat temu jak co roku duńska młodzież licealna wybrała się na ferie zimowe do Pragi. Potocznie takie ferie noszą nazwę drikkeferie, ponieważ młodzież jeździ do Pragi, żeby pić dużo dobrego i taniego czeskiego piwa i innych napojów alkoholowych. Duńska młodzież pić bardzo lubi, ale nie umie i doszło do różnych ekscesów a w konsekwencji do interwencji czeskiej policji i zatrzymań nietrzeźwej i nieobliczalnej młodzieży. Nikt nie cackał się z rozrabiającą młodzieżą. W kraju duńskim zareagowano natychmiastowo. Niezwłocznie wysłano do Pragi posiłki czyli duńskich policjantów. Nie po to jednak, by wesprzeć tamtejszą policję w zaprowadzaniu porządku publicznego i poskramianiu nadmiernie rozentuzjazmowanej młodzieży, ale by tę młodzież chronić przed zbyt szorstkim traktowaniem jej przez policjantów czeskich. Młodzież serdecznie powitała swoich policjantów, chętnie robiła sobie z nimi zdjęcia i nareszcie poczuła się bezpiecznie w obcym i nie do końca przyjaznym kraju. Nie wiem czy cała Skandynawia ma taki odmienny stosunek do policji, ale dla zwykłego Polaka czy Czecha policjant to ten zły, który nie ma nic wspólnego z poczuciem bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie. Spokój i bezpieczeństwo może co najwyżej zburzyć a do tego odebrać wolność. A wolność kocham i rozumiem…


Chłopcy z Placu broni – Kocham wolność

Grupa z karczmy czy Dywizja Pancerna SS „Wiking”

Z okazji wyzwolenia spod okupacji niemieckiej, telewizja duńska puściła film Hvidsten gruppen.
Jest to oparta na autentycznych wydarzeniach opowieść o rodzinie, która była zaangażowana w ruch oporu podczas drugiej wojny światowej. Film powstał w 2012 roku i został obsypany nagrodami Duńskiej Akademii Filmowej. Można śmiało powiedzieć, że był to film „obowiązkowy” dla każdego Duńczyka. Wszyscy przynajmniej raz musieli obejrzeć jak to bohaterski naród duński walczył przeciwko najeźdźcy.
W Polsce film opatrzono tytułem „Grupa z karczmy” i jakoś przeszedł bez echa.

W duńskiej gazecie przeczytałem, że z Państwowego Archiwum zniknęły dokumenty dotyczące duńskich nazistów. Kto wie, może wcale takich dokumentów nie było. Może nie było też duńskich nazistów.
Każdy naród chce się wybielić, oczywiście przodują w tym Niemcy. Bo to przecież oni byli pierwszą ofiarą tych okropnych nazistów. A na Hitlera, to właściwie nie wiadomo kto głosował.

Duńczycy chcą też trochę wyprostować swoją historię i zapomnieć o tych 6 tysiącach ochotników walczących m.in w 5 Dywizji Pancernej SS „Wiking” (5. SS-Panzer-Division Wiking), czy Ochotniczych Legionach Duńskich (Frikorps Danmark).

Kim był w takim razie, taki przeciętny Duńczyk podczas drugiej wojny światowej.
Przypominał bardziej członka grupy Hvidsteina zabezpieczającego angielskie zrzuty z zaopatrzeniem, czy też może żołnierza SS „Wiking” walczącego z uczestnikami powstania warszawskiego?

dywizja pancerna SS Wiking pierscien

 

Video
Facebook