Emigracja. Inspiracja. Motywacja.

Monthly Archives: Maj 2015

Czego tu nie ma

Każdy obcokrajowiec mieszkający na stałe w Danii, gdy tylko jedzie do swojego rodzinnego kraju robi zakupy. Kupuje wszystko, a najbardziej te rzeczy, których w Danii mu brakuje.
Polacy wracający do Danii, po pobycie w Polsce mają samochody zapakowane po sam dach, a czasem nawet i na dachu. Wiozą chleby, kiełbasy, piwa, wódki, słodycze, wiozą wszystko, czego tutaj nie mogą kupić.
No dobrze, ale co wiozą, gdy jadą z Danii do Polski. Przecież warto zawieźć jakieś duńskie smakołyki rodzinie i znajomym.

Przywieź coś dobrego

Spędzając urlop w Polsce poszedłem odwiedzić znajomych w firmie, w której kiedyś pracowałem. Zapytałem co u nich. Tam niewiele się zmieniło. Zapytali co u mnie. U mnie sporo się pozmieniało. Pracuję i mieszkam w Danii. Zaczęła się rozmowa, znajomi ciekawi, co to ta Dania jest, bo niby kraj nie tak daleko położony, ale niewiele o nim wiadomo.
„Następnym razem, jak przyjedziesz, przywieź nam coś dobrego” – powiedzieli.
„Co tam mają dobrego? Wódki? Maja dobre wódki?”
„Nie, wódek nie mają dobrych.”
„To może słodycze, czekolady?”
„Nie, słodyczy też nie mają dobrych.”
„To może coś z jedzenia. Co mają dobrego do jedzenia?”
„Jedzenie… hmm… jedzenie też nie jest dobre…”

Wyglądało na to, że po prostu nie chce im nic przywieźć. Żeby zatrzeć to wrażenie, na następną wizytę przyjechałem przygotowany, kupiłem sztandarowy duński trunek – Gammel Dansk. Wypiliśmy po kieliszku. Popatrzyli na mnie, na siebie, znowu na mnie. Twarze jakieś niewyraźne. Spodziewali się czegoś lepszego. Butelkę osuszyliśmy, ale Gammel Dansk, dla polskich smakoszy wódek wysokoprocentowych okazał się zwykłym syropem na kaszel. Ani dobry, ani w głowie nie zaszumiało.

Dania dla jarosza

Pod koniec lat 90-tych, mój znajomy – wegetarianin, który pół życia spędził w Indiach, przyjechał ze swoją narzeczoną do Danii, w odwiedziny do jej rodziców.
Wyobraźcie sobie indyjskie jedzenie. Potrawy pełne kolorów. Wszystkie smaki: słony, ostry, słodki, kwaśny, gorzki, nawet jest smak neutralny. Wszystko zachęca zapachem, wyglądem. Człowiek najpierw syci się oczami, potem dopiero napełnia żołądek. Trudno uwierzyć, że to wszystko są bezmięsne potrawy. Nie potrzeba mięsa, wszystko jest tak pysze, że nawet nie zauważasz, że to dania jarskie.
Ten człowiek, przyzwyczajony do takiej kuchni, przyjeżdża do Danii. Rodzice narzeczonej wiedzą, że jest wegetarianinem, więc przygotowują potrawę specjalnie dla niego. I …dostaje na półmisku ugotowanego kalafiora. To wszystko. To już. To cały wegetariański obiad.
Chciałbym widzieć wtedy jego minę… zaraz… chyba widziałem taką minę u znajomych, którzy domagali się przywiezienia czegoś dobrego z Danii.

Mamy dość

Potrzebujesz czosnek do potrawy, możesz kupić – chiński, ale i tak masz szczęście, bo jeszcze piętnaście lat temu tutaj nie wiedzieli jak czosnek wygląda.
Chcesz kupić jogurt, proszę bardzo, są dwa smaki do wyboru. Tak samo soki: jabłkowy lub pomarańczowy.
Chcesz mydło, jest jedno! Jeśli ci nie odpowiada, ale co gorsze lubisz odmianę musisz sobie je przywieźć. Myślałem, że ja tylko przywożę kostki mydła, ale nie. Znajomy, który ma rodzinę w Anglii, za każdym razem gdy ich odwiedza kupuje i przywozi ze sobą mydło!

O co chodzi? Co tu jest nie tak? Tutaj niczego nie ma!
Jednak Duńczycy uważają, że mają wszystkiego dosyć i nie potrzebują więcej. Po co im wybór. Przecież to co oferują im sklepy, co oferuje im państwo jest najlepsze. Dlaczego mieliby chcieć czegoś innego?
Tak, mają dosyć wszystkiego.
Właściwie to nie mają tylko jednej rzeczy: nie mają potrzeb. Ale jakie można mieć potrzeby, skoro myśli się, że ma się wszystko?

czego tu nie ma e-migranci.net

 

 

.

Mamy dosyć!

Vi har nok! – Mamy dosyć! – przeczytałem kiedyś taki nagłówek w jednej z duńskich gazet.
Pomyślałem, że coś nas jednak łączy. Oni też się wkurzyli, oni też podobnie jak i my mają tego dosyć. Okazuje się, że tli się w nich jakieś życie, że są w nich resztki emocji.
Duńczycy podobnie jak Polacy – moją dosyć!

Polacy mają dosyć

Czego Polacy mają dosyć?
Polacy mają dosyć wszystkiego.
Mają dosyć polityków i ich kłamstw, niespełnionych obietnic, korupcji i afer.
Mają dosyć bycia manipulowanymi przez media i podstawione przez władze „autorytety moralne”.
Polacy mają dosyć tego, że jest za drogo, że rząd nakłada na nich kolejne podatki.
Mają dosyć tego, że płacą na emeryturę, której nie dostaną, że opłacają służbę zdrowia, żeby latami czekać w kolejce na operację.
Mają w końcu dosyć tego, że muszą opuszczać rodziny i szukać zatrudnienia za granicą, bo nie mogą znaleźć pracy w kraju.
Polacy mają tego wszystkiego dosyć!

Duńczycy mają dosyć

Czego Duńczycy mają dosyć?
Duńczycy też mają dosyć wszystkiego. Naprawdę. No może nie do końca…
Czy mają dosyć kłamstw polityków?
Zbyt wysokich podatków?
Może „kulawej” państwowej służby zdrowia?
Nie.
Jednak według artykułu w gazecie – mają dosyć!
Czego w takim razie mają dosyć?
Cóż… tak naprawdę mają dosyć… wszystkiego… i więcej nic już nie potrzebują. Nie potrzebują nic więcej kupować. Mają dosyć pieniędzy na dom, na wyposażenie domu, na podróże, na wyjścia do restauracji. Mają dosyć, by zaspokoić swoje potrzeby. Oni nawet przyjaciół mają dosyć i nie potrzebują mieć więcej.

Jak to możliwe? Czy można mieć wszystkiego dosyć?
Ależ tak, przecież Polacy też mają wszystkiego dosyć.

e-migranci.net mamy dosyc

 .

Karen Blixen

„Prawdziwym europejskim powietrzem oddycha się swobodnie. Człowiek czuje, że jest tam, gdzie powinien być… Później w Danii, miałam wrażenie, że jestem obserwowana, jak gdybym była na zwolnieniu warunkowym.”*

Karen Blixen – duńska pisarka, znana ze wspomnień o swoim życiu w Afryce, wydanych jako Pożegnanie z Afryką – opuszczając Danię czuła emocjonalną wolność i niespożytą energię. W Rzymie, Paryżu odczuwała lekkość serca, jakiej doświadczała w górach. Całkowicie zapominała o swoich problemach, które wraz przygnębieniem, niepokojem i bólem powracały, gdy tylko przekraczała próg domu w Danii. Gardziła prowincjonalizmem Danii. Dobrze czuła się w Afryce. Tam była u siebie. Gdy na zawsze opuściła ukochaną Afrykę, opowieści pisane w Danii pozwalały jej wyrwać się z tłamszącego otoczenia.

Nieograniczoność

Już od dziecka odczuwała bunt przeciwko otaczającemu ją mieszczańskiemu duńskiemu środowisku. Lepiej czuła się w kręgach arystokratycznych, w rodzinie ze strony ojca, którego wcześnie straciła. Stratę tę boleśnie odczuła, ponieważ ze śmiercią ojca skończył się beztroski etap jej dzieciństwa. To z ojcem wiązała ją nić porozumienia. Zabierał ją na wspólne wycieczki, opowiadał historie, dzielił się swym wewnętrznym światem przygody i wyobraźni. W nim miała powiernika i kompana. Po jego śmierci czuła, że nie pasuje do rodziny. Przystanią była dla niej kuchnia, gdzie w gronie służby czuła się lepiej niż w salonie, gdzie panowały sztywne konwenanse. W rodzinie matki panował matriarchat i obyczajność klasy średniej. Karen równie dobrze czuła się w towarzystwie służby jak w środowisku arystokratycznym. Arystokracja oznaczała dla niej możliwość zaspokajania pragnień własnego serca.

Wielkość

Snucie opowieści pozwalało jej być sobą: Szeherezadą o poczuciu wyjątkowości i nie dającym się zdławić umiłowaniu wielkości. Co znamienne, to Amerykanie, nie Duńczycy, zaczęli wydawać jej twórczość. Zawsze cieszyła się ciepłym przyjęciem ze strony amerykańskich czytelników, podczas gdy duńska krytyka atakowała ją nie z powodów literackich, a moralnych i politycznych. Zarzucano jej ucieczkę od rzeczywistości i nie zajmowanie się problemami zwykłych ludzi. Pisanie było jej światem. Nawet w chwilach choroby i niemocy fizycznej nie ustawała w pracy nad opowieściami, w czym także wyrażała się jej wielkość. Podejmowała heroiczny wręcz wysiłek, by podołać wyznaczonym sobie zadaniom.

„Kiedy masz wielkie i trudne zadanie, coś prawie niemożliwego do wykonania, jeżeli pracujesz trochę każdego dnia nawet bez wiary i nadziei… nagle zadanie zostaje wykonane…”*

* Karen Blixen – cytaty za Judith Thurman w przekładzie Krystyny Husarskiej

 

John Barry – Born Free.

Alergia – odczulanie tabletkami grazax

Deszcze, słota to w Danii codzienność. Dlatego każdy słoneczny dzień, każdy promyk słońca jest ważny. Trzeba go złapać, uchwycić, niech słońce opali nam twarze! Musimy wykorzystać słoneczne dni, bo nie wiadomo kiedy znowu przyjdą deszcze i jak długo będą trwały.
Najbardziej słoneczne miesiące to maj, czerwiec i lipiec… akurat wtedy jak mam alergię! Najlepsze miesiące – zamiast cieszyć się słońcem, wiatrem, morzem – ja siedzę w domu z pozamykanymi oknami, żeby jak najmniej pyłków dostało się do środka. Okres pylenia traw jest dla mnie zabójczy. Wyklucza mnie z życia na 3 miesiące. Tabletki antyhistaminowe działają dobrze, dopóki jestem w zamkniętym pomieszczeniu.
Dosyć! Czas coś z tym zrobić! Będę się odczulał!

Styczeń 2015 – rejestracja

Zaraz po Nowym Roku zadzwoniłem do swojej przychodni lekarza rodzinnego, żeby zapisać się na wizytę. Chciałem skierowanie do alergologa. Testy miałem robione w Polsce, ponad 10 lat temu. Wypadało je powtórzyć.
Do lekarza rodzinnego nie łatwo się dostać. Mam termin wizyty za 10 dni. Dostaję skierowanie do… dermatologa, żeby zrobić testy. Chyba w państwie duńskim nie ma specjalizacji – alergologia.
Dzwonię do dermatologa. Najbliższy wolny termin na maj. Chyba żartują. Z tego co wiem odczulanie robi się przed sezonem pylenia. Maj to za późno. Dzwonię do innego dermatologa. Mam termin na marzec!

Marzec 2015 – testy skórne

Połowa marca. Jestem u dermatologa. Testy według przewidywań. Uczulenie na trawy i bylice.
Po zrobionych testach pani mówi do mnie: „To wszystko, dziękuję”. Zaraz, zaraz jak wszystko! Chcę mieć kopię testów dla siebie i chce się odczulać!
„Kopię testów – bardzo proszę, ale odczulać, to my nie odczulamy”.
Kto odczula w Danii? Laryngolog!
Biegnę się zarejestrować do laryngologa. Mam termin na za tydzień. U laryngologa znowu testy. Jakoś nie przekonują ich te, które robiłem tydzień temu. Muszą mieć swoje. W porządku. Testy według przewidywań. Uczulenie na trawy i bylice. Będę się odczulał. Dostaję receptę na tabletki. Grazax.

Pierwszą tabletkę biorę pod kontrolą lekarza, właściwie pielęgniarki. Najpierw jeszcze badanie spirometryczne, potem już tabletka pod język i gotowe! Tabletka rozpuściła się w kilka sekund. Teraz pozostaje poczekać czy nie dostanę wstrząsu anafilaktycznego. Na szczęście wszystko jest w porządku. Jedyne objawy, które u mnie występują to drapanie w gardle, ból uszu i zmęczenie. Po około pół godzinie mogę opuścić klinikę. Zacząłem odczulanie!

Kwiecień 2015 – Grazax

Codziennie rano biorę grazax. Jedną tabletkę dziennie. Przez następne 3 lata.
Jedna tabletka kosztuje 30 koron (około 15 zł), więc cała kuracja będzie kosztowała… policzmy.
3 lata razy 365 dni w roku razy 30 koron, to daje razem 32.850 koron, czyli 16-17 tys. zł.
Na szczęście państwo duńskie przychodzi z pomocą i refunduje część kosztów. Pierwsze 925 koron wydanych w ciągu roku na leki nie jest refundowane. Państwo refunduje 50% kosztów jeśli wydałeś na leki między 925, a 1.515 koron. 75% przy wydatkach między 1.515, a 3.280. Oraz 85% powyżej 3.280 koron.
I tak, pierwsze 30 tabletek grazax kosztowało mnie 906 koron. Natomiast za kolejne 100 tabletek zapłaciłem już tylko 844 korony. Tak czy inaczej kuracja jest dosyć droga, mam nadzieję, że będzie skuteczna.

Maj 2015 – wizyta przed sezonem

W pierwszych dniach maja ponownie miałem spotkanie z pielęgniarką. Badanie spirometryczne i krótki wywiad na temat mojej reakcji na tabletki grazax. Cały czas po zażyciu tabletki mam ból gardła, ale albo ból gardła się zmniejsza, albo się do niego przyzwyczaiłem. Biorę już krople do oczu i jak tylko trawy ruszą na dobre, zacznę łykać leki antyhistaminowe. Pielęgniarka uprzedziła mnie, że w tym sezonie może jeszcze nie być poprawy. Zdaję sobie z tego sprawę. To kuracja długoterminowa, ale oczekuję też długoterminowych efektów.

Czerwiec 2015 – Grazax – efekty uboczne

W tym roku czerwiec w Danii jest chłodny i deszczowy. Idealna pogoda dla alergików.
Codziennie rano biorę grazax, potem tabletkę antyhistaminową i krople do oczu. Przez długie lata bycia alergikiem przetestowałem chyba wszystkie tabletki na alergię. Jedne nie działały na mnie wcale. Inne działały, ale efekty uboczne w postaci otępienia praktycznie wykluczały mnie z życia. Dopiero tabletki oparte na fexofenadynie działają dobrze. Działają dobrze to znaczy łagodzą objawy alergii oraz nie mają zauważalnych skutków ubocznych.
Przy zażywaniu grazaxu jedyne efekty uboczne jakie zaobserwowałem to ból gardła i uszu, który trwa kilka minut po włożeniu tabletki pod język. To bardzo ważne, żeby dobrze wcisnąć tabletkę pod język. Grazax rozpuszcza się momentalnie, kilka sekund i tabletka znika. Zdarzyło mi się, że tabletka grazaxu wyślizgnęła mi się z palców i znalazła się między zębami a dolną wargą. Warga spuchła do razu. Opuchlizna utrzymywała się kilka godzin.
Dobra rada: jeśli bierzesz grazax rano, upewnij się, że się już obudziłeś i zwróć uwagę, aby tabletka trafiła tam gdzie jej miejsce, czyli głęboko pod język.

Lipiec 2015 – trawy szczyt pylenia

Zawsze czekam na lipiec. W lipcu kończy mi się alergia, mogę wyjść na zewnątrz. Pobyć na dworze, na słońcu. Pojechać nad morze, nad jezioro, gdziekolwiek.
Jestem w pierwszym sezonie odczulania tabletkami grazax. Objawy alergii bez zmian. Mogę przebywać w domu, w zamkniętych pomieszczeniach. O wyjściu na powietrze mogę zapomnieć.

Sierpień 2015 – Grazax – podsumowanie pierwszego sezonu

W tym roku sezon pylenia traw się przedłużył i trwał do drugiej połowy sierpnia. Grazax w pierwszym sezonie mi nie pomógł. Codziennie biorę jedną tabletkę, efekty uboczne przy zażywaniu tabletek ustąpiły.
To wszystko, to całe podsumowanie pierwszego sezonu pylenia traw podczas odczulania tabletkami Grazax
Kolejna aktualizacja wpisu przed drugim sezonem.

Alergia – odczulanie tabletkami grazax – drugi sezon

e-migranci grazax.

Sęp tatrzański czyli orzechówka krótkodzioba

Każdy kto był nad Morskim Okiem musiał widzieć orzechówkę – nietuzinkowego, pięknie ubarwionego ptaszka z rodziny krukowatych. Ten ciemnobrązowy ptaszek z charakterystycznymi białymi łezkami, brązową czapeczką, ciemniejszymi skrzydłami i ogonem, tak jak sójka, gromadzi zapasy na zimę. Nasiona limby chowa w różnych sobie tylko znanych schowkach. Czasami jednak zapomina o niektórych, albo nie jest w stanie do nich dotrzeć z różnych losowych powodów. Dzięki temu limba rozsiewa się w miejscach, gdzie bez pomocy orzechówki nigdy by się nie znalazła. Jak wskazuje jej nazwa zajada się też orzechami laskowymi, które rozbija kilkoma silnymi i energicznymi uderzeniami dzioba, skutecznie niczym dziadek do orzechów, stąd też jej angielska nazwa nutcracker. Choć są to skryte, płochliwe ptaszki, można się na nie napatrzeć do woli przy schronisku Morskie Oko, gdzie nie boją sie ludzi, przyzwyczajone się do korzystania z resztek pokarmu pozostawionych przez turystów, a nawet ponoć rozbestwiły się do tego stopnia, że porywają jedzenie z talerzy. Wystarczy chwila nieuwagi i jedzenie znika w dziobie złodziejaszka. Gdy nie uda sie zwędzić smacznego kąska, czarują i biorą na litość turystów, nieświadomych tego, że dokarmianie zwierząt w parku narodowym jest zabronione i szkodliwe nie tylko dla owych pociesznych stworzeń, ale i całego ekosystemu. Zjawisko przystosowania się do sąsiedztwa ludzi i wykorzystywania ich obecności występuje także u innych przedstawicieli ptactwa w górach. Płochacz halny, najbardziej wysokogórski gatunek ptaka w Tatrach, jest kolejnym niezbyt chlubnym przykładem synantropizacji. Chętnie przebywa w sąsiedztwie schronisk, ze smakiem podjadając ludzką strawę. Spotkać go można na Kasprowym Wierchu.

El Condor Pasa – Paul Simon & Garfunkel.

Video
Facebook